Potrzebujemy bohaterów, niejednokrotnie zapominając o niektórych naszych codziennych zmaganiach mogących ze śmiałością pretendować do heroicznych, a kiedy czegoś się domagamy, powołujemy to do życia. Swoje prywatne zapotrzebowanie na czyny nadludzkie wyraził również Harrry Sidebottom, na co dzień wykładający historię starożytną na Uniwersytecie Oksfordzkim znawca starożytnej strategii i dawnego oręża (Ancient Warfare, Oxford University Press, 2004) i najpierw sobie, a potem innym, opowiedział dzieje pewnego człowieka zawarte w trójksięgu, który niebawem za sprawą kolejnej części zatytułowanej The Caspian Gates będzie musiał zostać nazwany inaczej.
Marek Klodiusz Balista, bo to on podążą główną ścieżką opowieści, niegdysiejszy Dernhelm, barbarzyńca z północy, Germanin z plemienia Anglów, oddający cześć Oślepiającemu Śmierć, Zakapturzonemu, Spełniającemu Pragnienia, Wszechojcowi, Wotanowi, wierzący w Walhallę i Rangarők; syn władcy Isangrima oddany w dzieciństwie Rzymowi, jako zakładnik w celu powstrzymania wojowniczych zapędów ojca.
Dorastał w cieniu cesarskiego dworu, aby potem stać się ekwitą, członkiem drugiej, co do ważności, po senatorach, kasty w Starożytnym Rzymie, jednym z dwunastu spiskowców czyhających na życie nie zaliczonego w poczet bogów Cesarza Maksymina Traka i finalnie jednym z jego zabójców, obrońcą obleganych miast, pogromcą chrześcijan, opętanym żądzą krwi mścicielem szukającym ukojenia w wersach tragedii Eurypidesa. Ten dumny barbarzyńca za sprawą wydarzeń zajadle dramatycznych stał się nawet Nasu, perskim Demonem Śmierci, a także wspólnie z jedynym cesarzem rzymskim pojmanym w niewolę, Imperatorem Cezarem Publiuszem Luciniuszem Walerianem Augustem spojrzał w oczy wzbudzającemu grozę wrogowi Rzymian, sasanidzkiemu władcy pochodzącemu z rasy bogów, Królowi Królów, Podtrzymującemu Ogień Mazdy, Królowi Ariów i nie-Ariów, Szapurowi I…
I oto przeniesiony zostałem do czasów, o których z emfazą oraz z wielką elegancją opowiadał profesor Aleksander Krawczuk, kiedy dygnitas zdawało się znaczyć znacznie więcej niż w wiekach innych, gdzie krew, ta winna i niewinna, obficie spływała agorami, traktami i polami bitew, motłoch rechotał rubasznie, jak ma to po dziś w zwyczaju, nad miernej proweniencji teatralnymi komedyjkami z membrum virile i vagina w roli głównej, a umiejętność sztuki trucicielskiej niejednokrotnie decydowała o losie nie tylko jednostek, ale i mas; do czasów, kiedy Imperium Rzymskie mając swój złoty wiek dawno za sobą rozpoczęło proces nieuniknionego rozpadu tonąc w wybujałych ambicjach, rozprzestrzeniających się błyskawicznie sporach wewnętrznych, odwiecznych bratobójczych walkach oraz coraz śmielej buntujących się prowincjach, a ludzie pokroju Marka Klodiusza Balisty, rzuceni w sam środek bezpardonowych rozgrywek zmuszani byli postępować ze zręcznością linoskoczka mającego świadomość, że przepaść znaczy śmierć.
Przepadali zatem w życiu.



Komentarze
Pokaż komentarze