Wstajesz rano i oglądasz telewizję, jedziesz samochodem i słuchasz radia. Chodzisz do swojej nudnej pracy albo nudnej szkoły, ale o tym nie mówią w głównym wydaniu wiadomości. Doszło do tego, że nawet ludzie z telewizji często oglądają telewizję. Na co oni wszyscy tak patrzą? Właśnie na takich jak ja... – Kevin Khatchadourian
Aby dokonać znaczących uproszczeń stwierdzę, że istnieją dwa rodzaje niefartu: nabyty i naturalny, przy czym warto podkreślić, że jeśli ten pierwszy niejednokrotnie pojawia się niejako na nasze życzenie, przez nas skuszony, w wyniku przez nas sprokurowanych okoliczności, tak drugi detonuje się znikąd: po prostu jest i swoim obezwładniającym istnieniem potrafi skomplikować niejednokrotnie wystarczająco już skomplikowaną egzystencję.
W podobny, daleki od monumentalnych teorii sposób sklasyfikować można zło, choć natychmiast warto byłoby dodać, że istnieje jednak zło nazywane melodramatycznie wcielonym: zło największego kalibru, od którego uciec nie sposób, a i taktyka prowadzenia z nim wojny – czy to podjazdowej czy na otwartym polu – sprowadza się wyłącznie do desperackich prób zminimalizowania ran oraz w miarę bezpiecznego dotrwania końca dnia i zawierzenia się pozornie kojącej nocy tylko po to, aby wraz z nowym świtem doznać kolejnych obrażeń oraz doświadczyć grozy nazywanej przez autorów powieści starej daty „dojmującą”.
Istnieją także dwa rodzaje buntu: ten wymierzony przeciw dowolnej pojedynczości (rozumiem przez to: ideę, osobę) oraz ten ukierunkowany na mnogość, rzucający wyzwanie całemu systemowi społecznemu, jego skostniałym strukturom, które pomimo wielu rebelii trwają wciąż i wciąż nawet dla tych niegdyś z nimi zajadle walczących.
Jeśli bunt pierwszy zaliczyć można do łagodniejszych, nikomu nie obcych, tak drugi wydaje się najczystszą formą nienawiści: nie istnieje po to, aby zostać zastąpionym jednym z pojęć wyjętych z bogatego słownika społeczeństwa, lecz po to, aby słownik ten zniszczyć i na mocy tego destrukcyjnego aktu wyzwolić to, co społeczeństwo wraz ze swoimi normami i etykietami w człowieku tłamsi, całkiem zresztą słusznie i potrzebnie.
Musimy porozmawiać o Kevinie z hipnotyzującą rolą Tildy Swinton i wyzwalającym drżenie demonicznym odtwórcą roli tytułowego bohatera, Ezra Millerem, należy do obrazów siejących w psychice odbiorcy spustoszenie na najwyższym poziomie i zmuszającym do zrozumienia, ale z pewnością nie do zaakceptowania okrutnej prawdy, że życie, te odtąd-dotąd, bezpieczne i zakotwiczone w spokojnych zatoczkach obwarowanych alarmami i tablicami zabraniającymi wstępu postronnym i komiwojażerom, te, z którym obnosimy się na fotografiach z podróży nachalnie prezentowanych znudzonym naszym działaniem znajomym, może zostać w jednej chwili zdmuchnięte niczym płomień świecy na czekającym na nas grobowcu, bowiem nasz świat nie jest w stanie wytworzyć odpowiedniego antidotum na niektóre działania tych, których zwykliśmy oglądać najchętniej.
I nigdy nie wytworzy.



Komentarze
Pokaż komentarze