Dramat stymuluje. Konflikt wyzwala kreatywność. Miłość domaga się jednomyślności. Kino irańskie nigdy nie będzie pretendować do miana światełka w tunelu. Jest tunelem, w którym odłączono elektryczność, a przejazd nim odbywa się na zasadzie uświadomionej dobrowolności. Kino irańskie wydaje się czasem być, a może i nawet jest nim naprawdę, sercem światowej kinematografii, bowiem w swej chwilami podnoszonej do nieznanych potęg emocjonalności oddaje hołd pojedynczemu człowiekowi, jego małości i wielkości, zakrętom, po których pełznie oraz prostym, gdzie rozwija nadmierne prędkości, aby finalnie pozostawić widza z policzkiem przeoranym wodą i tym nie dającym się jednoznacznie zinterpretować przeczuciem, że właśnie ten ekran, w przeciwieństwie do wielu innych ekranów nie przeinacza, nie melodramatyzuje, nie koloryzuje, a po prostu bez nadęć i zadęć opowiada.*
W „Rozstaniu” główną rolę z natężeniem, na którego oddanie zabrakłoby skali członkom Amerykańskiej Akademii Filmowej oraz innych Akademii odgrywa bliskowschodni temperament. Gorący i nieprzewidywalny. Niewolny od gniewu. Sprzyjający rozwojowi głównego motywu: konfliktu zrodzonego na drodze wydawałoby się banalnego incydentu.
Jest też i powiązana ze sporem duma. Ta kumulująca się w najbardziej zapuszczonych i niezbadanych ugorach ducha; ta pierwotnie ślepa i nieskora do dyskusji, nierzadko prowadząca na manowce, jednak na przestrzeni tysiącleci skutecznie odróżniająca istoty ludzkie od innych istot, przypisana godności i godnością podszyta.
Są tu wreszcie dwie ślepe uliczki: kobiety i mężczyzny, żony i męża. To na nich właśnie, gdzieś między konfliktem, a dumą utknęły pojazdy ich osobowości. Zbyt mocno zaciągnięte hamulce ręczne nie mają w sobie nic konstruktywnego. Wsteczny bieg nie wchodzi w grę. Na wąskiej przestrzeni trudno o jakikolwiek manewr. Pozostaje brnąć dalej: w ślepość, w zawziętość, w…
*Nie podnoszę tu zarzutu, jakby mogło się zdawać, wobec kina amerykańskiego oraz innych kin: stwierdzam tylko, że w przestrzeni ruchomych, wzbogaconych dźwiękiem obrazów jest miejsce zarówno na prawdę i rzeczywistość, a właściwie na jej fragmentaryczne ukazywanie, jak i na fikcję, ułudę i przebarwienie. W każdym z tych światów odnaleźć można to mityczne „coś”, co sprawi, że zadrga właściwy nerw, odpowiednim kanałem wydostanie się łza, a śmiech ten naturalny i niewymuszony, przydarzający się w życiu niewiele razy, zdetonuje się w powietrzu z mocą tysięcy „little boy’ów”.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)