Lęk, tak ujmująco definiowany przez profesora Antoniego Kempińskiego, wydaje się być niezbędny i choć obezwładnia nadając sercu szybszy rytm, stymuluje także do stawiania nowych, nierzadko przełomowych kroków. Kiedy już mija, pozwala docenić to, co wcześniej nieśmiało uznania się dopominało. Bez niego, jeśli wierzyć amerykańskim – innych prawdopodobnie nie ma – naukowcom, ewoluowalibyśmy wolniej: on to bowiem w swoim rozmachu zmuszał do podejmowania działań nie dających się wyobrazić bez jego obecności, skłaniał do heroizmu, podsycał tęsknoty i zamieniał w popiół całe miasta, a nawet całe narody.
Dwa angielskie obrazy, Kill List oraz Lonley Place To Die łączy pochodzenie oraz rola straszaka, jaką przyszło im pełnić. Dalej wszystko je dzieli. Jeśli pierwszy w swoim klaustrofobicznym klimacie podsycanym mroczną, ambientową muzyką i aurą tajemniczości wywołuje lęk przez nieokreśloność oraz skrajną brutalność*, tak w drugim początkowo grozę budzi natura, aby później wywoływać jeszcze większe przerażenie oraz źli ludzie, a właściwie: bardzo źli.
Jeśli ten pierwszy błądząc minuta po minucie jakby w sobie samym, jakby samego siebie pragnąc zaskoczyć, tak drugi bez ogródek i zbędnych wstępów uwypukla koszmar stający się udziałem głównych bohaterów i dalej wiedzie ich wydawałoby się utartymi, a jednak wciąż wywołującymi dreszcze ścieżkami wśród majestatycznych, groźnych i skłaniających do zadumy szkockich szczytów.
Jeśli w Kill List rządzi nieprzewidywalność wyrwana jakby z delirycznego snu odtruwającego się alkoholika, prowadząca do spektakularnego zakończenia, tak w Lonley Place To Die prym wiedzie czytelność, która mimo wszystko wiele razy zostaje wystawiona na próby nazywane zazwyczaj ciężkimi.
Różni też są bohaterowie: w Kill List zamęt sieją posiadający mroczną i niedopowiedzianą przeszłość ochroniarze realizujący nietypowe zlecenie, w Lonley Place To Die role główne zarezerwowane zostały dla ludzi nie wyróżniających się w tłumie, choć jak ktoś z pewnością mógłby zaznaczyć, umiejętność wysokogórskiej wspinaczki będącej, jak się zdaje, sportem wciąż raczej elitarnym, może ich zwyczajności przeczyć.
Jest miasto i są góry. Beton i skały. Pojedynczość aglomeracyjnej zieleni i obfitość położonych wysoko lasów. I miasto i góry grają. Drugoplanowi aktorzy pozbawieni możliwości dołączenia do oscarowej batalii. W ich to ramach bohaterowie dokonują wyborów przenoszących ich życie na nieznane im poziomy, gdzie rządzi strach o wściekłym natężeniu, a nad nim triumfująco unosi się cierpki zapach śmierci, o ile śmierć, któż to może wiedzieć i poświadczyć, rzeczywiście wydziela taką woń.
Niestety, o zmartwychwstaniu nie może być żadnej mowy. I nie ma.
* Były chwile, kiedy, ze względu na filmową intensywność, zmuszony byłem posiłkować się pauzą. W wypadku Kill List mocne nerwy są niezbędne, choć należy zaznaczyć, że współczesne kino grozy dysponuje mocniejszymi, dającymi się oglądać z trudem scenami. Ma tu na myśli dwa odnowione klasyki Wesa Cravena: Wzgórza mają oczy z 2006 (scena w przyczepie), Ostatni dom po lewej z 2009 (scena gwałtu oraz inne sceny).



Komentarze
Pokaż komentarze