Staram się walczyć z uprzedzeniami, od uprzedzeń uciekam, jednak w swojej słabości niejednokrotnie uginam się pod ich ciężarem i pozwalam, aby mną zawładnęły, zupełnie jak w przypadku nieoglądanego filmu Sponsoring, okrzykniętego przedpremierowo „dziełem skandalizującym pełnym odważnych scen ocierających się niemalże o pornografię” .
I nagle w kioskowej witrynie dostrzegam nieczytaną przeze mnie prasę, a na jej okładkach problem zaznaczony w filmie krzykliwie przemianowany na narodowy. Naprędce odnotowuję, co najmniej dwa przypadki (będzie ich więcej) zaangażowanego dziennikarstwa śledczego eksplorującego temat, w którym vagina i membrum virille odgrywają, podobnie jak pewien polski aktor o zadziwiająco rosyjskim imieniu, kolejne role życia. Dociera do mnie w złowieszczo szybkim tempie, że wszystkie krajowe studentki, za wyjątkiem nieboszczki Madzi, która gdyby dożyła to z całą pewnością zostałaby Królową Cnót, zaopatrują się w luksusową odzież i wykwintne perfjumy za pieniądze zarobione w sposób nie licujący z godnością osoby przyswajającej wyższe wykształcenie oraz innych osób.
Dowiaduję się też, że w filmie znalazło się miejsce dla dziennikarki odgrywanej przez samą Juliet Binoche, która – jak atakuje mnie jeden z nagłówków na specjalistycznym portalu – od czasu Kieślowskiego w rzece polskiego kina niczego nie moczyła, a tu od razu na głęboką, żeby nie powiedzieć: śliską wodę – na tropie występnej Szprotki i wzdychającego do nie j Wacka.
Jeśli miałbym silić się na szeroko pojmowaną szczerość i skorzystać z dobrodziejstw języka stworzonego przez zawodowych dyplomatów (a są jacyś inni?), "ośmieliłbym się stwierdzić z całą stanowczością wynikającą z nierzadko marnej proweniencji doświadczeń zebranych przeze mnie w ciągu iluś tam lat mojej pretendującej do dorosłości egzystencji, że jestem w stanie wykazać się daleko idącą obojętnością wobec problemów przedstawionych w nieoglądanej i z pewnością superprodukcji Sponsoring, co więcej, gotów jestem przyznać prawo do dysponowania ciałem oraz wszystkimi zapadniami w nie wchodzącymi osobom pełnoletnim wg ich uznania, a nawet ustanowić skromną, symboliczną, a jednak mimo wszystko nagrodę dla najbardziej pretensjonalnego twórcy rodzimego i dostosowując się do praw rządzących polską kinematografią określić ją Laurem Labia Pudendi". *
*Uznaję ten tekst za uwłaczający mojej godności, jednak czasem, czego praktycznie tu nie praktykuję, zamiast zachwycić się czymś, czegoś się, być może niesłusznie, czepiam.



Komentarze
Pokaż komentarze