Pomimo czasu bezpardonowo obchodzącego się z twórczością istoty ludzkiej różniącą się od tej małpiej – bo z pewnością taka istnieje, mimo iż nam jawi się czymś zupełnie innym – zdaje się wyłącznie umiejętnością poddania jej krytyce, Fresh Fruits For Rotting Vegatebles, legendarna płyta zespołu Dead Kennedys nie traci nic ze swego pierwotnego, oczywiście, że naiwnego, ale jednak pierwszej klasy buntu, który…
Ale nie o amerykańskim zespole.
Cieszę się, że na Oscarowej Gali, potrzebnej temu światu, mniej więcej tak jak inne gale, przemianowującej twórczość w niemalże zawody sportowe z zakwalifikowanymi i kwalifikującymi triumf święci człowiek współczesny*, a nie ten pogrzebany i uwieczniony już w tysiącach dzieł**, że laurem nagrodzona została przejmująca najgłębsze fibry ducha kompozycja z fascynującego i jednocześnie budzącego we mnie grozę bliskowschodniego kraju, którego kinematografię uznaję za jedną z ciekawszych na tej dziwnej gałce, opowiadająca bez patosu, etosu i wzniosłych słów banalną z pozoru historię transformującą się w bliski rozlewowi krwi dramat, jednoznacznie dzielący znany nam świat na dwa będące w stanie permanentnej wojny: kobiecy i męski oraz na dwa kolejne im podporządkowane i najbardziej od nich zależne: dzieciństwo i starość.
Podobno, jak napomknęli mi znajomi bardziej obeznani w zupełnie obcej mi polityce (gdyby nie ten potworny hałas, od którego nie sposób się uwolnić, nie znałbym, jakże tęsknię za takim stanem, nazwy żadnej polskiej partii politycznej) spory wpływ na decyzję nagradzających mogła mieć właśnie sytuacja polityczna, która, jak to z nią zazwyczaj bywa: „daleka jest od dawno wypatrywanej stabilności”, jednak niezależnie od tego należy stwierdzić, co zostało już kilka godzin wcześniej obwieszczone ustami znanymi doskonale chirurgom plastycznym Bel Air oraz innym chirurgom: And the WINNER is…
I tak: cieszą się irańscy filmowcy, pomstują Strażnicy Rewolucji, płaczą izraelscy twórcy (Hearat Shulayim Josepha Cedara również uzyskał nominację w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego), a naród polski musi wciąż cieszyć się z nagrody Andrzeja Wajdy, bodaj najbardziej kontrowersyjnego reżysera polskiego, który kontrowersji wokół swojej osoby, jak się ostatnio przypadkiem dowiedziałem z nieczytanej prasy, nie zamierza rozwiewać, pracując uparcie nad kolejną produkcją posiadającą już dla mnie status „ nie-do-o-glą-da-nia”.
*O Rozstaniu pisałem tutaj: luczak.salon24.pl/379630,w-dume-wstapienie
** Oczywiście, że popełniam spory afront, bo W ciemności, jak większości zresztą rodzimych produkcji, z premedytacją nie obejrzałem. Ja, który zgłębiłem kino zajmujące się Holocaustem, który – nie lubię tego kolokwializmu, jednak jego moc wydaje mi się w tym miejscu w pełni uzasadniona – „w małym palcu” mam literaturę poruszającą ten problem, ja, który nigdy nie trzymam żadnej ze stron, a wyłącznie własną.



Komentarze
Pokaż komentarze