Stwarzamy ich zapętleni na trudnej do wyminięcia drodze awans-podwyżka, odgrodzeni parawanem słów „zaraz”, „później”, „nie mam czasu”, zajęci stawianiem kulfonów milionowych komentarzy pod „artykułami wyrażającymi nieważkie treści obnażające…”. Dawaliśmy im wszystko, czego pragnęli, daje się słyszeć z tej i tamtej strony, jednak młodość dojrzewająca domaga się, nierzadko rozpaczliwie, przede wszystkim zainteresowania i uznania. Pominięta i zlekceważona niezmiennie poszukuje akceptacji i posłuchu na ulicy, wśród ludzi, z którymi do jednej windy nie wsiada się pod żadnym pozorem, a wyznawany przez nich światopogląd lata temu zawarł na kartach swoich wiekopomnych dzieł Karol Darwin. A potem eksploduje jakże często stając się karmą wietrzących zysku żurnalistów podpierających się z perwersyjną niemal lubością opiniami „ekspertów” wyciąganymi efektownie, niczym królik z kapelusza prestidigatora.
Tym samym potwierdzony zostaje nieśmiertelny fakt, że lud lubuje się wyłącznie w celebracji spektakularnej śmierci oraz we wszystkim, co powiązane jest z prostymi ruchami nazywanymi przez dawnych Rzymian frictio, a najchętniej w śmierci powołanej przy paradnym udziale zawiłości i perturbacji „życia płciowego”, resztę traktując w kategoriach tematów pobocznych, a nawet niekoniecznych.
Dlatego właśnie chylę czoła przed brytyjskim kinem, choćby i tym bardzo przeciętnie zrealizowanym, angażującym się w problemy wynoszone z domów przesiąkniętych nierzadko obłudnym zapachem wyższych wartości i transformujące się na ulicy w groźne idee i czyny.
Sket to kino nieprzyjazne, wstrząsające i pomimo całej swej nieudolności osiągające zamierzony efekt: skłaniające do refleksji przechodzącej w głęboką zadumę nad poszukującą uskoku cywilizacją, która wciąż, choć dla wielu to niepojęte, generuje ruch, pamiętając, że do bezruchu zmusić ją może tylko Natura, bądź rozszczepiony atom.
Palcie, rabujcie, mordujcie, gwałćcie, pomyślałem wpatrzony w końcowe napisy, może niektórzy „dający wszystko” zwierzchnicy „domowych ognisk” pojmą, efemeryczna nadzieja, że ich „wszystko” podlega mnogości interpretacji, a niejednokrotnie – proszę mi wybaczyć ten przestarzały i pretensjonalny dydaktyczny ton, którym de facto bardzo się brzydzę – drobne„coś” znaczy po prostu więcej, choć i tu pewności żadnej nie ma i być nie może.



Komentarze
Pokaż komentarze