Skąd przychodzimy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Pytania nurtujące w swoim czasie Paula Gauguina okazały się być nieobce jednemu z najbardziej wybitnych reżyserów w historii kina spektakularnego, Ridleyowi Scottowi, znanemu widzowi z widowiskowej kamery, batalistycznego zacięcia oraz dynamiki każącej się tytułować wzorcową i godną naśladowania.
Pytania stawiane od tysiącleci zostały przez brytyjskiego twórcę obrócone w prequel jednego z najbardziej wyrazistych filmów grozy, jednak odpowiedzi się nie doczekały: zamarły jakby w Kosmosie wypatrując kogoś, kto ośmieli się ponownie je wypowiedzieć i zmierzyć się z ich lodowatym majestatem.
Wobec klasy pierwszej części Obcego czuję respekt tak wielki, że oprócz kilku wiernopoddańczych komplementów mógłbym tylko dodać, że jest to jeden z filmów, do których z wypracowaną przez lata systematycznością wracam i powracać będę zawsze: klasyka wszak temu przecież dokładnie służy.
Po licznych znaleziskach archeologicznych dość jasno wskazujących na istnienie gdzieś w bezmiarze Galaktyki inteligentnej aktywności życiowej znajdujący się u progu śmierci właściciel wielkiej korporacji postanawia zorganizować przedsięwzięcie w swojej skali przewyższające niemal wszystko, co do tej pory człowiek w swojej dumie i żądzy dominacji stworzył.
Wysłana w celu poszukiwania innej formy życia, mitycznych „Inżynierów”, stwórców człowieka obalających dotychczasową teologię i darwinizm we wszystkich jego odmianach, załoga statku Prometeusz po ponad dwóch latach podróży dociera w chyba dawno przez Bogów opuszczone rubieże Kosmosu, aby tam zmierzyć się z pytaniami, które już się tu postawiło, pamiętając doskonale, że w historii naszej wymęczonej cywilizacji stawiane one były tak wielką ilość razy, że wymykającą się wszelkim matematycznym prawidłom.
Wymagałem od Prometeusza wiele i dokładnie tyle dostałem. Nie oczekiwałem filozofii i teologii przystrojonych w popkulturowe piórka. Domagałem się atmosfery osaczenia, odizolowania, zaszczucia i beznadziejności oczekującej swojego herosa, który podejmując z nią nierówną walkę nie musiałby stać na straconej pozycji, a nadzieja na zwycięstwo, mimo iż ledwie dostrzegalna, pozwoliłaby ugruntować w widzu wiarę, że dobro, to w rzeczywistości poddawane najcięższym próbom, w świecie filmowej fikcji weźmie górę nad złem, sprowadzając ostatecznie łagodzącą nadmiar wrażeń muzyczkę podpartą końcowymi napisami.
Prometeusz nie jest prequelem na miarę Arcydzieła, jakim niewątpliwie była „jedynka” Obcego: nie ta klasa, nie ten pułap i poziom, jednak pomimo to film jest całkiem logicznym zawiązaniem cyklu, który – pomijam produkcje, w których tytule po pięknie brzmiącym w języku angielskim słowie Alien następuje łacińskie versus – w swoim czasie straszył w skali kinematografii chyba nieznanej.



Komentarze
Pokaż komentarze