Jaka była Ameryka czasów prohibicji? Wiadomo. Padały strzały, płonęły, ale i też powstawały nowe gorzelnie, kwitła nieopodatkowana działalność gospodarcza, a elegancko ubrani mężczyźni pozdrawiali świat z pierwszych stron gazet, ciesząc się, że dni są dla nich bogate i wróżą pomyślną przyszłość, czego powiedzieć nie mogły tysiące zazdroszczących im pozycji czytelników.
Nick Cave, bo on jest autorem scenariusza Gangstera, musiał wyjść z założenia, że Nucky Thompson w Zakazanym Imperium wyczerpująco prezentuje stanie ponad prawem w dużym mieście i postanowił skoncentrować się na małej wiosce, która w czasach ustawy Voldsteada prosperowała podobnie – jak śmiem przypuszczać – wiele innych wiosek: od całkiem nieźle do bardzo dobrze.
Film opowiada historię braci Boundurant zajmujących się pędzeniem księżycówki dystrybuowanej następnie, ku przyzwoleniu nie wylewających za kołnierz miejscowych stróżów prawa, po okolicznych wioskach i miasteczkach. Prym wśród trójki rodzeństwa wiedzie Forrest (Tom Hardy), skryty i milczący, weteran I Wojny Światowej, o którego niezniszczalności krążą prawdziwe legendy. Jest jeszcze poszukujący miłości Jack (Shia LaBeouf) oraz porywczy Howard (Jason Clark), którego najlepszym kompanem jest słoik do pełna wypełniony łagodzącym trudy codzienności trunkiem własnej produkcji. Wokół nich na drugim planie krąży gangster Floyd Banner (Gary Oldman), nie pozostając jednak bez wpływu na losy "księżycowych biznesmenów".
Interes prosperuje idealnie do momentu, kiedy nie pojawia się agent federalny z Chicago, Charlie Rakes (znakomity i jakże inny niż zazwyczaj Guy Pearce), który wspólnie z nowym prokuratorem pragną nie być gorsi od wszystkich, a zwłaszcza od legendarnych braci i także czerpać zyski z wysokoprocentowego procederu, o czym szefujący Forrest nie chce nawet słyszeć, bowiem Boundurantowie nie przywykli płacić komukolwiek innemu niż sobie samym.
Zaczyna się wojenka pomiędzy skorumpowanym agentem, a nieskorumpowanymi, choć omijającymi prawo braćmi…
Gangster Johna Hillcoata przedstawiając amerykańską prowincję nie ma na celu sportretować życia codziennego – jak niezmiennie pogardliwie wyraża się agent federalny Rakes o jej mieszkańcach – „wsioków”. To nie film obyczajowy, lecz pretendujący do rasowego dramat niemalże gangsterski opowiadający przy użyciu dawnych kostiumów i dekoracji o ponadczasowych kwestiach, których niezmienność doprowadziła już tak wielu ludzi do wyborów odmieniających wszystko, ale też i wszystko zaprzepaszczających.
W filmie główną rolę grają nieśmiertelne instynkty od zawsze przypisane istocie ludzkiej, instynkty determinujące jej życie i sprawiające, że wybory dokonywane w rzeczywistości mogą mieć wpływ na dalsze koleje losu, a zemsta, bądź wyzbycie się jej, zadecydować może o kwestiach najistotniejszych: życiu i śmierci.
145
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze