Nie wiem czy można przeżyć samotnie przez ponad dwieście dni na Pacyfiku w towarzystwie tygrysa bengalskiego, bo jeszcze nie miałem okazji spróbować, jednak kiedy tylko uda mi się w takiej sytuacji znaleźć, z pewnością naprędce podzielę się na blogu swoimi refleksjami, żywiąc nadzieję, że zechcą się one okazać nieprzemijające.
Zanim jednak Pi Patel – główny bohater filmu Anga Lee – znalazł się prawie sam na oceanicznym pustkowiu, należy przypomnieć, że jego wcześniejszy los nie należał do najłatwiejszych: żył on w Indiach, kraju olbrzymich kontrastów, gdzie dodatkowo jego ojcu umyśliło się prowadzić rodzinne ZOO, interes, który nawet przy dobrej woli ciężko nazwać pospolitym.
Oczywiście, nie miał łatwo Pi w olbrzymim państwie, tak jak łatwo nie mają wszyscy ludzie próbujący pojąć dziwność świata przez pryzmat nauk Kryszny, Jezusa Chrystusa i Mohameda. Tak, Pi Patel jest hinduistą, chrześcijaninem i muzułmaninem i z pewnością tylko przez przypadek nie dołączył do Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, choć może w tym całe jego szczęście.
Historia opowiedziana w filmie nabiera rozpędu w dniu, kiedy ojciec Pi wpada na genialny w jego rozumieniu pomysł sprzedania w Kanadzie rodzinnego ZOO i tam rozpoczęcia czegoś, co od wieków niezmiennie tytułujemy nowym życiem, choć po prawdzie jest ono tak nowe jak podania o końcu świata przepowiedzianym przez przedstawicieli dawno wymarłej cywilizacji.
Zaczyna się przygoda…
Życie Pi w barwny sposób przypowiada rozpaczliwe zmagania młodego, jeszcze nieukonstytuowanego w pełni człowieka z potęgą, z którą przed nim przegrało tak wielu: bezkresną przestrzenią oceanu, a także ze zwierzęciem nie znającym mowy ludzkiej, tygrysem bengalskim całkiem po ludzku nazywanym Richardem Parkerem, który w wyniku pewnych okoliczności znalazł się z Pi Patelem dokładnie w tym samym miejscu i o tej samej porze.
Zmagania te podglądane z boku, wydają się być naturalną konsekwencją zaszłych wydarzeń, jednak dla zmagającego są zdecydowanie czymś więcej: częścią jakiegoś większego planu, którego znaczenia pojąć on nie potrafi, jednak wierzy w jego zasadność, pamiętając jednak o tym, że nierozłącznie obok wiary kroczy też i zwątpienie.
Życie Pi jest filmem o próbie dialogu z Absolutem (niezależnie jak będziemy go nazywać), a zatem o dialogu z samym sobą, bo Ja było, jest i będzie tego Absolutu nierozłączną częścią; jest pochwałą Małego zdecydowanego ustąpić pod naporem Wielkiego przy jednoczesnym uwzględnieniu, że kapitulacja może nastąpić wyłącznie po morderczej walce.



Komentarze
Pokaż komentarze