Może za długo żyłem w socjaliźmie, jednak wsłuchując się w głosy rodzimych polityków nie mogę zdzierżyć. Budzi się we mnie coś na kszałt socjalisty, alter czy antyglobalisty i mam ochotę jechać blokować, niczym Lepper drogi szczyty kolejnych spokań odpowiedzialnych za ten ogólnoświatowy wyścig szczurów.
Obudził o we mnie profesor Balcerowicz w Rzepie bodaj słowami, niedosłownie cytowanymi tu: bez reform będziemy pełznąć zamiast gonić Zachód. Z całm szacunkiem dla profesora, a po co m mam kogoś gonić? Czechy i Słowacja jakoś do wyścigu nie stanęły, kiedy my małpowaliśmy ten niedościgniony "Zachód", a dziś zamiast parademokracznej teokracji, mają całkiem - całkiem przjemne życie w swoich kraikach.
My (nasz najlepszy premier i cała reszta fachowców od wszystkiego) zastanawiamy się tymczasem, jak ściągnąć do kraju - przodownika reform mlekiem i miodem płynącego - wszystkich, którzy wbrew temu, co mówią politycy uciekli stąd właśnie przed tym wścigiem szczurów na ten Zachód, co go politycy od 1989 (niektórzy jeszcze wcześniej) gonią. Oni nie wyjeżdżali oni zwiewali wlaśnie przed reformami - choć wielu może nawet tej świadomości nie miało.
Kiedy nie zastanawiamy się, jak sprawić, żeby wrócili nasi rodacy (jakby mieli do czego, kiedy rodziny- co by się nie działo - "piszą, że kryzys, piszą, że praca - czeka cię praca i wegeacja"), myślą, jak zagnać do produkowania podaków resztę, która - w oczach rządzącej mniejszości (bo minuę po podaniu wyników wyborów zawsze zaczynają się rządy mniejszości) opierdala się. Mniejszość składa się w ostatnich miesiącach z Polaków po 50-ce. Część z nich nie pracuje, bo w wyścigu z Zachodem nie wytrzymała norm prac narzuconych przez specjalistów od zarządzania i ekonomii prac przeszkolonych w uczelniach, w których szkolili ich profesorowie zapatrzeni w profesora Balcerowicza. Inni nie pracują, bo zniszczły im zdrowie normy narzucone przez poprzedni system "ekonomiczny".
Czy jednak rzeczwiście nie pracują? Premier i profesor od ekonomii, może są zbyt zaprzątnięci naprawianiem świata, żeby mieć czas na refleksję nad polską ulicą wsi i miasteczek. W ciepłe dni zobaczyliby może co robią obywatele "50+". Tysiące z nich wykonuje zadania państwa, umożliwiając młodym pracowanie na pensje polityków aktualnie u władzy. To oni też legli u podstaw problemu z opieką nad najmłodszmi dziećmi, kiedy po wjeździe tych paru milionów młodch zabrakło rąk do nabijanie PKB, bo wówczas wielu rzuciło swoje dotychczasowe zajęcie - opiekę nad dziećmi. No i zrobiła się chryja, wyszły na jaw delikatnie mówiąc - niedoskonałości - naszej wspaniałej "opiekuńczej i prorodzinnej" demokracji.
Jeśli teraz uda się zagnać osoby po 50 do pracy (nie mówię o tysiącach przedstawicieli innych grup społecznych, które strukturalnie nie pracują niezależnie od tego, kto rządzi), uczniowie prof. Balcerowicza, zajmujący się w rodzimch obozach, tzn. zakładach pracy, natychmiast wykorzystają to do podniesienia... zysków swoich mocodawców. Bo znowu ktoś będzie czekał w kolejce za bramą i pensje szarych pracowników polecą, jak noowania PiS przed ostatnimi wyborami.
Kiedy to nastąpi, młode kobiety (bo nikt inny) staną wtedy przed dylematem, pracować (po tm, jak spadną pensje, 50+ będą pracować, a koszty życia zosaną jakie są) czy opiekować się dziećmi? Co wtedy się stanie? Po rodzinnej naradzie zastąpią pokolenie "50+" na liście priorytetów rządu, jako grupa, którą trzeba zagnać do pracy, bo trzeba gonić Zachód. Znowu - dobrze wglądającmi na spotkaniach głów państw - statystycznymi dochodami na głowę mieszkańca, zamiast standardami życia, za które emirganci gotowi są poświęcić ojczyznę.



Komentarze
Pokaż komentarze