Dyskusja, która rozgorzała wokół książki dziennikarza „wyborczej” Artura Domosławskiego „Kapuściński nonfiction”, nie dotyczy tylko kwestii biograficznych ludzi uznanych za autorytety, to co wydaje mi się być najistotniejsze w tym sporze, to demaskacja fałszywości tez forowanych do tej pory przez nasze „elity intelektualne”. Okazuje się, że jeżeli ktoś przyjmie bezkrytycznie tezy głoszone przy okazji obrony najróżniejszych lustrowanych „autorytetów”, wyciągając z nich logiczne wnioski, staje się zagrożeniem dla tz. Salonu, a nie jego apologetą..
57
BLOG
„Myślozbrodnia” Domosławskiego
Taki los spotkał autora książki, przez lata pracując w środowisku „gazety wyborczej” nasłuchał i naczytał się o ludziach honoru, pracy dla Polski Ludowej, pracy w takich warunkach jakie były… Jednym słowem przesiąkł jedynym słusznym relatywizmem. Nie można zatem dziwić się, że nie widział w byciu TW nic złego ( takie były czasy ), i opisał te niechlubne dla Kapuścińskiego fakty będąc przekonanym, że przeciecz nic w tym złego nie ma. Tymczasem ze strony „salonu” pojawiła się konsternacja, bo oto nie jakieś Cenckiewicze czy Zyzaki, a ich salonowy człowiek zaczął babrać się w tym przeraźliwym błocie przeszłości i nieświadomie wyciągać fakty niewygodne dla bożyszcza „elit”. Ale czy Salon o taką sytuację sam się nie prosił od dawna?
Z jednej strony badanie przeszłości, to zło i podłość, ale z drugiej jak coś już się wygrzebie z archiwum niewygodnego dla przedstawicieli jedynej słusznej inteligencji, to tak na prawdę to nic istotnego, jakaś tania sensacja. Więc Domosławski uznał najwidoczniej, że skoro nic złego w byciu TW nie ma, to już się poświęci, pogrzebie w przeszłości „mistrza” i napisze wszystko jak było, co by potomni mieli przykład autorytetu, który przykładnie z bezpieką współpracował. I ma autor „Kapuścińskiego non fiction”rację, skoro relatywnie współpraca z bezpieką to dostosowywanie się do warunków, to dlaczego o tym nie pisać. Kłopot w tym, że takie pisanie wprowadziło twórców „dogmatów” moralnych przyjętych przez Domosławskiego w zakłopotanie. Któż bowiem jak nie oni, podnosi larum to rozliczanie kogokolwiek z postawy w czasach PRLu. I tutaj mamy paradoks, otóż argumentacja „salonu” jest nielogiczna, skoro przyjmuje się za dogmat tezy o uwarunkowaniach historycznych usprawiedliwiających donosicielstwo, to dlaczego zakazuje się i oburza się na pisanie o takich procederach? Nie dziwie się Domosławskiemu, że nie widzi nic złego w postawie Kapuścińskiego, skoro jeszcze nie tak dawno słyszeliśmy jak z Jaruzelskiego – komunistycznego oprawcy polaków robi się dobroczyńce polskiej demokracji. Wychodzi na to, że autor biografii Kapuścińskiego to człowiek dość inteligentny, który przyjmując pewne dogmaty relatywizmu wyciągnął na ich podstawie wnioski dotyczące „błędów i wypaczeń” w biografii jednego z bożków „salonu”. I to był jego największy błąd, pół biedy, że uwierzył w relatywizm. Jego największą zbrodnią było samodzielne myślenie i wyciąganie wniosków. Zamiast poczekać na oficjalna wykładnię „elit”, sam pokusił się o refleksję. I mamy tutaj przykład czystej „myślozbrodni”. Jak się chce zaliczać do „salonu”, nie wolno myśleć i co gorsza wyciągać samodzielnie wniosków. Ciekawe tylko, dlaczego dopiero Domosławski, „wpakował się” w kłopoty podejmując inicjatywę samodzielnej refleksji, czyżby nikt wcześniej w tym środowisku nie skusił się na jakąkolwiek refleksję?


Komentarze
Pokaż komentarze