Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha
3491
BLOG

To nie debata. To wojna

Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha Protesty społeczne Obserwuj temat Obserwuj notkę 49
Z antysamochodowymi aktywistami debatować nie ma sensu. To marnowanie sił i środków. Bandy fanatyków wydały wojnę zwykłym ludziom, mieszkańcom miast, i tak trzeba to widzieć: jako wojnę.

Wpadła mi w oko informacja oddziału katowickiego Klubu Jagiellońskiego o tym, że think-tank organizuje spotkanie na temat opróżnienia Placu Sejmu Śląskiego z samochodów, a może nawet szerzej – opróżnienia całego centrum Katowic z tychże. Ostre spory na ten temat miało wywołać zdjęcie wspomnianego placu (gdzie dziś jest parking) bez aut.

Zacząłem szukać informacji na ten temat i wkrótce trafiłem na artykuł portalu Moje Katowice zatytułowany „Mieszkańcy chcą likwidacji parkingu na pl. Sejmu Śląskiego. Powstała petycja do prezydenta”. Nauczony doświadczeniem, zacząłem pilnie poszukiwać w tekście informacji, jacyż to „mieszkańcy” chcą zlikwidowania parkingu. I proszę – jest!

„W sieci znalazła się petycja stworzona przez Śląski Ruch Klimatyczny, którego członkowie zwrócili się z prośbą do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, Łukasza Konarzewskiego o patronat i wsparcie inicjatywy”.

Okazuje się, że likwidacji parkingu nie chcą wcale „mieszkańcy”, ale banda klimatystycznych krzykaczy, która – jak w każdym dużym mieście – próbuje odebrać prawa zwykłym mieszkańcom miasta, jeżdżącym samochodami. Czy autorzy informacji na portalu manipulowali świadomie czy nie – nie wiem, ale jasne jest, że z manipulacją właśnie mamy do czynienia.

Mechanizm działania jest zawsze identyczny, doskonale znany z Warszawy i wielokrotnie naświetlany przez te organizacje – takie jak Lubię Miasto, Stop Korkom czy Fundacja im. Starzyńskiego – które starają się stanowić przeciwwagę dla lewicowych aktywistów. Za parking, ulicę, miejsca parkingowe zabiera się niewielka grupka aktywistów, często mająca dobre kontakty w danym ratuszu. Powstaje jakaś petycja czy apel, potem projekt, potem urząd robi „konsultacje społeczne”, o których na ogół mało kto poza wspomnianymi aktywistami wie. Z tego właśnie powodu albo nikt na nie nie przychodzi, albo pojawiają się jedynie przedstawiciele aktywistów. Wskutek czego urząd może następnie ogłosić, że konsultacje się odbyły i podjąć decyzję zgodną z życzeniami antysamochodowych fanatyków.

W przypadku Placu Sejmu Śląskiego, o ile byłem w stanie się zorientować, aktywiści właśnie przypuścili szturm i organizowane przez Klub Jagielloński spotkanie jest tego skutkiem. Postulaty aktywistów, żeby skasować parkowanie w tym jednym z centralnych dla Katowic miejsc, jak zwykle nie są połączone z zaproponowaniem jakiejkolwiek alternatywy. Podobno istniały niegdyś plany zbudowania parkingu podziemnego w tamtym miejscu, ale zostały zarzucone. Katowice z prezydentem Krupą, podobnie jak większość kierowanych owczym pędem większych miast, mają obecnie obsesję na punkcie dyskryminacji kierowców.

Zakładam, że niektórzy z Państwa mogli się oburzyć, gdy na początku tego tekstu użyłem określenia „banda klimatystycznych krzykaczy”. Uczyniłem to świadomie. Przyglądając się od lat działalności takich grup jak Alarm Smogowy, Miasto Jest Nasze czy nowszych, powielających histeryczną narrację klimatyczną, całkiem świadomie, bez emocji i racjonalnie ustawiam je poza granicami tworów, z którymi warto toczyć jakąkolwiek dyskusję.

Dyskusja w jakiejkolwiek sprawie ma sens pod kilkoma warunkami. Po pierwsze – jeśli istnieje wspólna baza najbardziej podstawowych pojęć. Po drugie – jeśli obie strony uznają, że pod wpływem celnych argumentów są w stanie częściowo ze swoich stanowisk ustąpić, czyli nie zakładają z góry, że nie dadzą się w żadnej sprawie ani trochę przekonać. Po trzecie – jeśli partnerzy w dyskusji nie postrzegają się wzajemnie jako wrogowie, ale jako oponenci. Nie jest to, wbrew pozorom, różnica jedynie leksykalna. Mówiąc w uproszczeniu: wróg to ktoś, kogo się chce zniszczyć; oponent to ktoś, kogo się staramy przekonać do naszych racji, a w razie niemożności – spisujemy z nim protokół rozbieżności i rozstajemy się w zgodzie.

W przypadku antysamochodowych fanatyków (czy szerzej: fanatyków urządzania miast na modłę wsi) te warunki w większości nie są spełnione. Tu mamy do czynienia z wojną, którą grupki sfanatyzowanych uzurpatorów wydały większości obywateli. I tak to należy traktować: jak wojnę (oczywiście figuratywnie). Jeśli z takim postawieniem sprawy będziemy zwlekać, banda barbarzyńców odbierze nam nasze prawa zanim się obejrzymy.

Jedno trzeba tutaj bardzo mocno podkreślić: w tej wojnie nie ma symetrii stanowisk. To nie jest tak, że z jednej strony nacierają przeciwnicy kierowców, a z drugiej – ich przedstawiciele. Tylko jedna strona w tej wojnie jest ofensywna: aktywiści. Druga strona jedynie się broni. To aktywiści chcą rewolucji, to oni domagają się ograniczenia praw tych, których traktują jako wrogów. To oni chcą wymusić określony sposób poruszania się (najlepiej na rowerku). Na tym właśnie polega różnica: druga strona nie zamierza nikomu niczego nakazywać ani zakazywać. Ba, nie słyszałem, żeby ktoś z obrońców praw kierowców sprzeciwiał się choćby tworzeniu dróg dla rowerów – o ile oczywiście nie oznacza to ograniczenia możliwości innych uczestników ruchu. Podczas gdy hasłem obrońców praw kierowców mogłoby być, widoczne czasem na naklejkach na autach, „wszyscy się zmieścimy”, to hasłem drugiej strony jest „won z samochodami!”. Nie ma tu równowagi ani też nie ma mowy o kompromisie, bo o taki przecież trudno, jeśli celem jednej ze stron jest całkowite wyeliminowanie drugiej.

Piszę ten tekst przed sobotnim Kongresem Mobilności „Napędzamy Warszawę” (wciąż jeszcze można się rejestrować), podczas którego mają się spotkać różne środowiska przeciwne prowadzonej obecnie polityce miejskiej w stolicy. Myślę jednak, że sytuacja jest podobna w każdym dużym polskim mieście. Znakomicie, że środowiska chcące stawić opór dominującemu dzisiaj nurtowi spotkają się, pewnie lepiej poznają i policzą. Ważne jednak, żeby ich przedstawiciele rozumieli, że nie ma sensu marnować sił i środków na rozmowy z tymi, którzy mają naturę hunwejbina. Sens jest przede wszystkim zwrócić się do zwykłych ludzi, którzy często nie mają świadomości, jak wyglądają mechanizmy, a o podjętych decyzjach dowiadują się po fakcie i są bardzo zdziwieni. To oni muszą sobie zdać sprawę, że jeśli nie zaczną reagować, a przynajmniej rozumieć konsekwencji swoich wyborów – ich prawa będą nadal drastycznie ograniczane.


Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj49 Obserwuj notkę

Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć. Do nieznajomych zwracamy się "pan", "pani".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo