Blog
Jest super, więc o co mi chodzi?
Łukasz Warzecha
Łukasz Warzecha publicysta
455 obserwujących 693 notki 3875634 odsłony
Łukasz Warzecha, 12 kwietnia 2010 r.

Janusz Kochanowski - in memoriam

Spośród osób, które tragicznie zginęły pod Smoleńskiem, najlepiej znałem dr. Janusza Kochanowskiego, Rzecznika Praw Obywatelskich. Ta znajomość liczyła sobie już ponad 10 lat i chyba nie popełnię nadużycia, pisząc, że była stosunkowo bliska. Mam nadzieję, że Pan Doktor nie obraziłby się za to określenie.

Zaczęła się, gdy pracowałem jeszcze w dziale opinii nieistniejącego „Życia”. Trafiliśmy wówczas na książkę Pana Doktora, w której podsumował zmiany, jakie do polskiego prawa karnego wprowadziło nowy kodeks karny. To podsumowanie było wstrząsające: okazało się, że liberalni projektanci nowego kk z prof. Zollem na czele doprowadzili do radykalnego obniżenia odpowiedzialności za większość czynów karalnych, zgodnie z wyznawaną przez siebie filozofią.

Wydrukowaliśmy fragmenty tej książki. Potem były wywiady, spotkania, moja pomoc przy organizacji wielkiej międzynarodowej konferencji o odpowiedzialności karnej w krajach demokratycznych (która zresztą spotkała się z mizernym zainteresowaniem polskich elit prawniczych, choć gośćmi byli najwybitniejsi teoretycy i praktycy z całego świata), spotkania w domu Pana Doktora, rozmowy o działalności założonej przez Niego Fundacji Ius et Lex, o prawie, mediach, polityce, o Polsce. Później był wybór na Rzecznika Praw Obywatelskich i kolejne spotkania oraz wywiady. A potem była ta straszna sobota. Jadąc samochodem, z walącym sercem wybierałem kolejne numery komórek Pana Doktora (miałem zapisane trzy i nigdy nie pamiętałem, który jest aktualny) z nadzieją, że może jednak nie poleciał. A potem był telefon do Niego do domu i tragiczna wiadomość, że jednak był na pokładzie.

Gdybym miał wymienić cechy, które najbardziej podobały mi się u Janusza Kochanowskiego, to byłaby odwaga, żeby iść pod prąd obowiązujących mód i opinii oraz angielskie poczucie humoru.

Odwagą wykazywał się Pan Doktor zawsze. Tak było w czasach PRL-u, w czasach „Solidarności”, i w III Rzeczpospolitej, gdy nie obawiał się ostracyzmu, jaki spotykał go ze strony prawniczego salonu. Wbrew owczemu pędowi, Pan Doktor nie obawiał się przypominać, że istnieją inne poglądy na prawo niż tylko te zatwierdzone przez krakowską klikę. Nie miał z takim podejściem łatwego życia. Wiele razy opowiadał mi o swoim udziale w różnych zgromadzeniach, gdzie musiał bywać jako RPO, a wcześniej bywał zapraszany jako prawnik i szef Ius et Lex. Mówił o tym, jak podczas Jego wystąpień zalegała niechętna cisza, a niektórzy udawali, że Go nie widzą. Ale mówił o tym bez złości, za to z ironią i dystansem do siebie samego, czego nigdy Mu nie brakowało. Można by nawet sądzić, że bawiła go bezsilna złość, jaką wzbudzał u niektórych.

Przypominam sobie jego relację z wystąpienia przed Senatem, gdzie przedstawiał sprawozdanie ze swojej działalności. Mówił, że jego wystąpienie było celowo bardzo długie, szczegółowe i nudne, a senatorowie cierpieli, bo pora była poobiednia i chcieli jak najszybszej przerwy. Jeden z przedstawicieli narodu, reprezentujący poglądy zasadniczo różne niż Pana Doktora, nie zdzierżył i zasnął. Obudził się akurat, gdy Janusz Kochanowski przedstawiał tezy z punktu widzenia tegoż senatora jątrzące, nie mógł jednak potem zabrać głosu, jako że większość wystąpienia przespał i zapewne obawiał się, że mógłby się z tym zdradzić.

Pana Doktora drażniła małostkowość polskich elit, każąca niektórym ostentacyjnie zignorować obchody 20-lecia urzędu, które przyszło mu zorganizować. Powtarzał, że to strasznie dziecinne – można kogoś nie lubić, ale przecież tu nie chodzi o lubienie lub nie, ale o urząd.

Uwielbiałem oświadczenia, jakie w różnych sprawach wystosowywał Janusz Kochanowski. Były zawsze bardzo uprzejme w formie, ale między wierszami kryła się gryząca ironia i to musiało przeciwników Pana Doktora szczególnie boleć.

Jego dokonania są ogromne. Jako szef fundacji organizował liczne konferencje, wydawał niezwykle interesujące pismo „Ius et Lex”, pisał artykuły i wypowiadał się dla mediów, zawsze stając po stronie sprawiedliwości rozumianej nie tylko jako literalne rozumienie przepisów, ale też jako wartość ludzka. Był redaktorem znakomitej serii Klasycy Prawa.

Jako RPO był niezwykle aktywny. Kontrast był szczególnie uderzający w stosunku do Jego poprzednika, prof. Zolla, który miał zwyczaj przyjeżdżać do Warszawy z Krakowa na trzy dni w tygodniu i niespecjalnie się w tym czasie przemęczał.

Janusz Kochanowski całkowicie zmienił oblicze urzędu RPO. Zatrudnił młodych ludzi, którzy nabrali przy nim wiatru w żagle. Zajmował się sprawami Państwa, a nie tylko wąsko pojętymi prawami człowieka. Bywał cudownie niepoprawny politycznie, czym ściągał sobie na głowę gromy. Potem zdarzało się, że przepraszał, ale to były przeprosiny trochę jak pamiętna reklama piwa bezalkoholowego z mrugającym okiem bosmanem.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Jak się siedzi na barykadzie, to się najwięcej obrywa.
Na moim blogu ja decyduję, których komentujących nie chcę tu widzieć.
Site Meter

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Ostatnie komentarze

  • Pani Janino Polecam Pani mój tekst. Proszę sobie odpowiedzieć na te pytania:...
  • @Autor No, to jest doprawdy zabawne. Napisałem o nowej "F" dwa teksty. W każdym podałem wiele...
  • @VITUS Przyznam, że nie rozumiem Pana tłumaczenia. "Redaktor Warzecha wykłada nową wersję...

Tematy w dziale