MacGregor MacGregor
27
BLOG

Tam, gdzie wielblad nie dochodzi.

MacGregor MacGregor Kultura Obserwuj notkę 4

Tegoroczny urlop spedzilem w azjatyckiej czesci Egiptu, a konkretnie na samym poludniu Synaju, w شرم الشيخ We wczesnych latach 70-tych powstala tam “na surowym korzeniu” osada zydowska o  nazwie Ofira ( אופירה doslownie: w kierunku Ofiru, z ktorego to niezlokalizowanego blizej portu krol Salomon otrzymywal byl bogaty trybut raz na trzy lata ).

Miescina ta zostala ewakuowana i przekazana Egipcjanom Sinuhe wraz z calym polwyspem Synajskim w ramach traktatu pokojowego w 1982 roku.Powstala na tym miejscu typowo turystyczna miejscowosc – a moze raczej nietypowa. W Szarm el-Szejk, sila rzeczy, prawie nie ma miejscowych. Sa to w wiekszosci okresowi pracownicy ( sami mezczyzni ) z polnocnego Egiptu ( z Aleksandrii, Kairu ), obslugujacy miejscowy kombinat turystyczny – hotele, hotele, hotele i sklepy z badziewiem. 

W Egipcie dwie rzeczy sa pewne: pogoda oraz biegunka.Na Synaju deszcz pada raz na dziesiec lat, w Kairze juz nie to samo, bo pada raz na rok, a w takiej dajmy na to Szkocji raz na dziesiec lat przez jeden dzien nie pada.Dlatego tez moja cieplolubna Habibti wybrala Szarm a nie Inverness. 

Dwie i pol godziny drogi autobusem na polnoc znajduje sie przeslawny klasztor sw. Katarzyny ( obecnie bedacy miejscem zamieszkania i modlitwy okolo czterdziestu mnichow greko-prawoslawnych ), lezacy u podnoza Gebel Musa, czyli Gory Mojzesza. Na jej szczycie patriarcha przez 40 dni obcowal z Bogiem, poczem otrzymal tablice Dziesieciorga Przykazan, z ktorymi od tamtego czasu ludzkosc boryka sie nieustannie ( taki bystry, a nic nie utargowal, a mogl byl chociaz o szoste powalczyc ).

Pomyslalem sobiem ze byc na poludniu Synaju i nie wejsc na Gebel Musa, to tak jak byc w Rzymie i papieza nie widziec ( co zreszta mi sie zdarzylo przed rokiem jubileuszowym ), dlatego tez postanowilem zrezygnowac na dzien z basenu i diety dzinowo-tonikowej i doswiadczyc magii gor. Rodzina potraktowala moje zachety do wspolnej wspinaczki jako ostry przejaw kryzysu wieku sredniego, dajac mi na pocieszenie swoje blogoslawienstwo. 

Nocny autobus pozbieral z roznych hoteli takich jak ja desperatow i krotko po polnocy bylismy juz u podnoza klasztoru. Wspinalismy sie lagodniejsza droga.Na pierwszym etapie, z latarkami w rekach, szlismy zwawym krokiem, z radoscia w sercach i zapalem. Wiedzielismy, ze sam klasztor lezy na wysokosci okolo 1200m n.p.m., zas szczyt gory to 2285m n.p.m., czyli czekala nas trzygodzinna wspinaczka, w linii prostej kilometr do gory. Spojrzalem w rozgwiezdzone niebo ( ale tak rozgwiezdzone, jak w Polsce nigdy nie widzialem ) i pomyslalem starym Kantem: Niebo gwiazdziste nade mną, a prawo moralne we mnie. Gdzie okiem siegnac, w gore wil sie ognisty waz pielgrzymow, blyskajacych w egipskich ciemnosciach swiatlami latarek niczym tysiacem malych gwiazdeczek.

Stojacy po bokach beduini oferowali wjazd na wielbladzie za skromne 10 USD, ale jak to stwierdzil idacy obok mnie patnik z brzuchem, ktory procz walorow estetycznych sluzyc mogl rowniez jako podporka do piwa: wielblada to ja sam moge wniesc na szczyt.

Na drugim etapie waz jakby nieco zwolnil, daly sie slyszec sluszne w swej roztropnosci uwagi, zeby isc rownym i miarowym krokiem, coby sil starczylo.Niektorzy beduini zdobyli juz pierwszych klientow na swoje dromadery.W pewnym momencie powietrze przeszyl straszny krzyk “yalla, yalla” i jakies gardlowe bulgoty. Ciarki przeszly nam po plecach na mysl, ze to moze szalony derwisz albo sekta asasynow zastapila nam droge. Okazalo sie wszakze, ze to tylko jeden z okretow pustyni odmowil posluszenstwa. Minelismy za chwile chlopczyka, ze stoicka mina siedzacego na siedzacym wielbladzie. “Usiadl i nie chce dalej isc” - grzecznie nas poinformowal, widzac ciekawskie spojrzenia ( chlopczyk poinformowal, nie wielblad ).Beduinskich sposobow na upor nie znam, moze dano madremu zwierzeciu dziesieciodolarowke do powachania, dosc za za chwile wstalo i szlo majestycznym krokiem pod gore za swym poganiaczem.

Na trzecim etapie rozmowy zupelnie przycichly, ustepujac stekaniom i sapaniom. Coraz wiecej osob wyrazalo szczere przekonanie, ze dziesiec dolcow to w sumie zadne pieniadze ( jak ewangeliczny pracodawca dal kazdemu po denarze, niezaleznie od czasu pracy, tak nasi beduini kasowali po dychaczu, niezaleznie od ilosci przejechanych etapow ).

Na czwartym etapie dalo sie slyszec narzekania na Mojzesza, ze czego lazl tak wysoko, ze wcale nie byl na szczycie przez 40 dni, tylko ze przez polowe tego czasu szedl pod gore ( zwlaszcza ze nie bylo wowczas pewnie ani wyznaczonego szlaku, ani beduinow z wielbladami za 10 USD ), a drugie 20 dni wracal.

Prawdziwe wszelako schody zaczely sie na etapie piatym, kiedy zaczely sie kamienne schody ( w liczbie 750 ). W zyciu nie widzialem, naraz tylu osob wykazujacy objawy chromania przestankowego. Nawet wielblady nie mogly tu juz pomoc, bo ich trasa konczyla sie przed schodami. Podpierajac sie nosem, rekoma, raz po raz przysiadajac na skraju sciezki, weszlismy w koncu na szczyt. A tymczasem smigajacy w gore i na dol jak kozice beduini oferowali zdechlakom cieple maty i koce ( 2 USD za komplet ), zeby nie zlapac wilka na zimnych kamieniach, a nawet sie zdrzemnac nieco przed switem. Wkrotce na wschodzie pojawil sie pierwszy zloty blysk, potem czerwona tarcza poczela wychylac sie zza odleglych szczytow.

View from the summit of Mount Sinai View from the summit of Mount SinaiAnother view from the summit of Mount Sinai Another view from the summit of Mount SinaiA Greek Orthodox Chapel at the top of Mount Sinai A Greek Orthodox Chapel at the top of Mount SinaiView from the summit of Mount Sinai View from the summit of Mount Sinai

Napatrzywszy sie i nafotografowawszy do woli, przepuscilismy najpierw grupe 60-80 letnich staruszkow, ktorzy poczeli schodzic zwawym krokiem, poczem sami zaczelismy kulec i chromac w dol. Po godzinnym schodzeniu i kilku zlapanych zajaczkach, wyszlismy na prosta, wiodaca nas do klasztoru.

View down to the Monastery of St. Catherine from the trail to the summit. View down to the Monastery of St. Catherine from the trail to the summit.

Posiliwszy sie nieco i opatrzywszy rany, poczekalismy do godz. osmej na otwarcie klasztoru, by zobaczyc studnie Mojzesza, krzew gorejacy ( trzeba zlapac za gorejaca galazke i wypowiedziec zbozne zyczenie ), kosciol  ze wspanialym ikonostasem …  

St. Catherine's monastery St. Catherine's monastery
Z nadwaga, niewytrenowany – ale wszedlem sam, bez wielblada i jestem z tego dumny. Kiedy po powrocie do hotelu zapadlem w kamienny sen nad basenem,  obudzil mnie nagle znajomy  Holender. “Ki cholender”, pomyslalem.“Greg, wach op an drink this” – nie wiedzac co czynie, wychylilem podana szklanice i oczy wyszly mi jak na slupkach, a moc trunku byla taka, ze malo sie nie udusilem. Poczciwy kolega z Bredy wiedzial jednak, co czyni – alkohol zapobiegl tworzeniu sie w miesniach kwasu mlekowego, odpowiedzialnego za zakwasy i juz wieczorem moglem z entuzjazmem oklaskiwac tancerke brzucha i wolac ku zazenowaniu rodziny “Encore! Encore!”

Wytrzezwialem zupelnie, kiedy po tancerce wystapil “Ahmed Trzesidupek” – chlopak byl technicznie lepszy od dziewczyny, ale czulem sie sie nieswojo i kiedy Ahmed w poszukiwaniu partnerow na scene skierowal sie w naszym kierunku, zawolalem “Zywcem mnie nie wezmie” i zaczalem sie w poplochu ewakuowac w strone kuchni. 

Za rok, jak dobry Pan Bog dozwoli, to znow wybierzemy sie z Habibti do El Masr czyli do Egiptu. Moze do tego czasu dieta Montignaca da jakies zauwazalne wyniki, moze tym razem wejde na szczyt bez chromania …  

MacGregor
O mnie MacGregor

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Kultura