Dzisiaj Rada Krajowa Platformy Obywatelskiej oceni rok działań koalicji rządowej z PSL. W mijającym tygodniu mieliśmy okazję zapoznać się z wieloma komentarzami na temat osiągnięć i porażek obecnego rządu. Jeżeli miałbym wskazać największy sukces tego rządu - bez wątpienia byłaby nim pozytywna, i w dodatku z nadspodziewanie korzystnymi dla Polski zapisami finalizacja rozmów o budowie w naszym kraju tarczy antyrakietowej. Oczywiście, nie do przecenienia jest także rola Prezydenta Kaczyńskiego oraz rządów PiS w tym sukcesie - można powiedzieć, że jest to wspólny sukces koalicji PO-PiS, która nigdy realnie nie powstała.
Po podpisaniu umowy o tarczy antyrakietowej przez kilkanaście tygodni wokół tej sprawy panowała cisza. Było jednak oczywiste, że, jeżeli wygra Barack Obama, staniemy się świadkami nowej, tym razem już zapewne ostatniej rozgrywki wokół tarczy antyrakietowej - rozgrywki, która ma na celu zniechęcić nowego Prezydenta do podjęcia planów jego poprzednika. I rzeczywiście ta rozgrywka już się zaczęła. Prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew w dzień po amerykańskich wyborach "przywitał" nowego Prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki wypowiedzią bardzo agresywną, w której zapowiedział, że, jeżeli projekt tarczy zostanie zrealizowany, w Obwodzie Kaliningradzkim zostaną rozmieszczone rakiety Iskander. Po tym sygnale zaczęli uaktywniać się poplecznicy Rosji w Europie: szef włoskiej dyplomacji, Franco Frattini, powiedział, że "Ameryka powinna zrezygnować z jej [tarczy antyrakietowej - przyp. Machabeusz] budowy w Polsce oraz Czechach, bo będziemy mieć nową zimną wojnę" (cyt. za: Tomasz Bielecki, Bartosz Wieliński, "Rosja wyrywa nam tarczę", w: "Gazeta Wyborcza", nr 265 (5875) z dnia 13.11.2008 r.). Autorzy artykułu informują następnie, że "Frattini tłumaczył, że trzeba porzucić budowę tarczy, bo nie wolno drażnić Rosji, gdyż jest ona potrzebna Zachodowi m.in. do wygrania wojny w Afganistanie." Przytoczone są przez nich dwie bardzo interesujące wypowiedzi: są to słowa premiera Włoch Silvio Berlusconiego, że "amerykańsko-rosyjski kryzys rakietowy jest chyba gorszy od światowego kryzysu finansowego", oraz doradcy rosyjskiego MSZ, który dla "Gazety Wyborczej" miał powiedzieć, że "przestraszyli się. Teraz Rzym, potem będzie Paryż i Berlin. Tarcza wreszcie staje się tematem unijnych debat, a pakujący się Bush niewiele może już z tym zrobić". Jak się okazało, te przewidywania sprawdziły się już przynajmniej w części: otóż serwisy informacyjne właśnie donoszą, że negatywne stanowisko wobec tarczy zajął prezydent Francji Nicolas Sarkozy. Wszystko teraz zależy od Niemiec. Gdyby było tak, że zostanie utworzony trójkąt Niemcy-Francja-Włochy jednoznacznie krytykujący tarczę, to Rosjanie odniosą sukces: uda im się sprowokować powstanie silnej europejskiej koalicji przeciwko tarczy antyrakietowej, która rzeczywiście będzie mogła wywrzeć presję na prawdopodobnie niedoceniającym znaczenia Europy Środkowo-Wschodniej prezydencie-elekcie USA, aby wycofał się z zawartego porozumienia z Polską i Czechami.
Tyle tylko, że stanowisko Niemiec w tej sprawie wcale nie jest tak oczywiste. O ile można było się spodziewać, że znany z układania się z Rosją i tzw. "pragmatyzmu", będącego w istocie tchórzostwem wobec niej, Nicolas Sarkozy zachowa się właśnie w taki sposób, o tyle naprawdę ciężko jest ocenić, jak zachowa się Berlin. Nie należy tutaj zbyt łatwo dawać się ponosić emocjom i wspominać wymierzone w Polskę koalicje niemiecko-rosyjskie. Niemcy zawsze wchodzili w takie koalicje wtedy, kiedy w ich interesie było to, aby się z Rosją porozumieć przeciwko Polsce. Tymczasem nie jest rzeczą oczywistą, że w interesie Niemiec leży wsparcie polityki Kremla w tej konkretnej sprawie. Zarówno za, jak i przeciw takiemu rozwiązaniu przemawiają silne argumenty. Argumenty "za" to choćby możliwość otrzymania dodatkowych profitów w relacjach z Rosją oraz fakt, że w razie upadku idei tarczy Niemcy pozostaną jedynym sojusznikiem Ameryki w regionie Europy Środkowej i Wschodniej, na którym ta mogłaby się opierać w celu realizacji swoich interesów. Istnieje jednak przynajmniej jeden bardzo mocny argument "przeciw": taka postawa w rzeczywistości osłabiłaby pozycję Niemiec w jej relacjach z Rosją. Niemcy są w tych relacjach tym silniejsze, im bardziej niezależna od Rosji jest Unia Europejska. Utworzenie koalicji trzech kluczowych państw UE w imię interesu Rosji oznaczałoby de facto podporządkowanie polityki samej UE interesom rosyjskim. I byłoby to podporządkowanie trwalsze, niż może się na pierwszy rzut oka wydawać. Berlin doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Dlatego, przynajmniej dopóty, dopóki, mimo że MSZ jest trzymane przez będących zwolennikami zacieśniania więzów z Kremlem polityków SPD, kanclerzem pozostanie Angela Merkel z CDU, całkiem prawdopodobne jest podtrzymanie tej linii, którą w cytowanym już artykule z czwartkowej "Gazety Wyborczej" opisał poseł CDU Karl-Georg Wellmann, odpowiadający w komisji spraw zagranicznych Bundestagu za relacje z Polską: "Rosja nie będzie nas dzielić. Swoje sprawy omówimy we własnym gronie, a Berlin nie zgodzi się, by ktokolwiek zaczął budować w Europie koalicję przeciwko tarczy antyrakietowej". Warto zwrócić uwagę na coś, co nie zostało właściwie zaakcentowane w cytowanym artykule: otóż fakt, że ważny w budowaniu relacji z Polską polityk niemiecki mówi w taki sposób mimo to, że Niemcy patrzą sceptycznie na samą tarczę, świadczy o tym, że Berlin doskonale zdaje sobie sprawę z wagi toczącej się obecnie rozgrwki nie tylko dla państw na Wschód od niemieckich granic, ale także dla samych Niemiec i całej Unii Europejskiej. W tym należy upatrywać polskie nadzieje na podtrzymanie takiego stanowiska Berlina, mimo to, że możemy się spodziewać prorosyjskich sygnałów z niemieckiego MSZ, trzymanego przez rywalizujących z kanclerz Merkel polityków SPD.
Istnieje jeszcze jedno ważne pytanie, na które należy odpowiedzieć: jak Polska powinna się zachowywać w toczącej się właśnie rozgrywce. Nie przedstawię tutaj listy kompletnej, a jedynie opiszę kilka spośród działań, które polska dyplomacja powinna obecnie podjąć. Przede wszystkim, musimy w tej rozgrywce zaangażować się bezpośrednio, przemawiając donośnym głosem. Tymczasem działania szefa MSZ Radosława Sikorskiego z ostatniego tygodnia są niestety zbyt słabe. Szef polskiego MSZ powinien w sposób kategoryczny stwierdzać, że umowa amerykańsko-polska jest umową zawieraną pomiędzy dwoma suwerennymi podmiotami, i nie można pozwolić Rosji na wywieranie wpływu zarówno na jej kształt, jak na jej realizację. Podobnie polska dyplomacja powinna wystąpić przeciwko stanowiskom Rzymu i Paryża, krytykując je jako lekceważące interesy państw Unii Europejskiej leżących w Europie Środkowo-Wschodniej w imię doraźnych interesów w relacjach z Rosją (można w tym miejscu grać także na nucie historycznej, w tym zwłaszcza poprzez czynienie analogii do postawy Francji w 1939 roku), co łamie ducha istniejących zobowiązań i dzieli Unię Europejską. Jednocześnie należy prowadzić niejawne rozmowy mające na celu przekonanie Niemiec do tego, aby nie popierały interesów Kremla w toczącej się rozgrywce.
Tymczasem polski rząd w mijającym tygodniu popełnił przynajmniej jeden kardynalny błąd: wycofanie sprzeciwu wobec rozmów Unii z Rosją o nowej umowie. Jest to błąd z kilku istotnych przyczyn, ale w tym tekście wydobędę jedną z nich: Rosja zrealizowała jedynie warunki umowy z Nicolasem Sarkozym, który co prawda reprezentował Unię, ale nie reprezentował jej w duchu wyznaczonym przez UE na szczycie z 1 września. Mam konkretnie na myśli to, że rosyjskie armie zostały wycofane jedynie z terenów "bezspornie należących do Gruzji", co oznacza, że znajdują się zarówno na gruzińskim terytorium o nazwie Abchazja, jak i na gruzińskim terytorium o nazwie Osetia Południowa. Tym samym Polska, wycofując swój sprzeciw, wsparła prorosyjską politykę Sarkozy'ego, a nie progruzińską politykę, którą dotychczas skutecznie forsowała w Unii Europejskiej. Za to wsparcie w dodatku Sarkozy odpłacił jej niedawno pogłębieniem prorosyjskiego charakteru własnej polityki, sprzeciwiając się budowie w Polsce tarczy antyrakietowej, czyli uderzając w interesy polskiej racji stanu.
Pozostaje mieć nadzieję, że szef polskiego MSZ, od którego w tej chwili zależy bardzo wiele, dalej pozostanie przy stanowisku przychylnym polskiej tarczy antyrakietowej, i będzie to stanowisko aktywnie reprezentował na arenie międzynarodowej. Jeżeli minister Sikorski odpuści sprawę tarczy, z pewnością w PO zwycięży opcja reprezentowana obecnie szczególnie silnie przez znanego z kontaktów z byłymi oficerami wojskowych służb PRL Bronisława Komorowskiego, czyli opcja chcąca uprawiać polską politykę w cieniu imperialnych ambicji Kremla. Sikorski jest ostatnią osobą, która uniemożliwia drugą już zmianę oblicza przez PO w tej sprawie. Po ataku na Gruzję Platforma zmieniła swój negatywny stosunek do tarczy na stosunek pozytywny; jeżeli Sikorski podda sprawę tarczy, to nastąpi zmiana odwrotna do tej z sierpnia. Wtedy jeden z największych sukcesów polskiej dyplomacji po 1989 roku, być może nawet większy od wstąpienia do NATO i UE, bo on konkretyzował naszą obecność w NATO, zostanie zmarnowany, a polska racja stanu zostanie znowu oddana pod osąd niezależnej od nas rozgrywki mocarstw. A wcale nie jest oczywiste, że Stany Zjednoczone, nasz najwierniejszy sojusznik, zdoła ją obronić bez mocnej pozycji naszego kraju w regionie.


Komentarze
Pokaż komentarze (13)