Walka o Gruzję to walka o Polskę - od samego początku rosyjskiej inwazji w Gruzji byłem przekonany o słuszności takiego hasła. Po pierwszym i drugim dniu walki było już oczywiste, że Gruzja nie zdoła wygrać tej wojny na placu boju. Ale ta wojna była jak najbardziej do wygrania: odpowiednie zaangażowanie sił zachodnich w rokowania pokojowe mogło doprowadzić do tego, że sukces odniesiony przez Rosję na placu boju nie tylko nie przełożyłby się na korzystne dla Rosji zmiany w Gruzji, ale byłby początkiem końca imperialnych ambicji Rosji. Rosja była na widelcu Zachodu, można było raz na zawsze zakończyć z jej imperializmem. Można było doprowadzić do tego, że odbudowywanie sowieckich stref wpływów zostałoby zmiażdżone w zarodku.
Tak się nie stało. Nie z winy Polski, która jako jedno z nielicznych państw zachowało się w tej sprawie tak, jak powinno, robiąc wszystko, co w jej mocy, aby doprowadzić do korzystnego dla Gruzji i dla nas samych rozstrzygnięcia tego konfliktu. Wydarzenia z sierpnia i września bieżącego roku pokazały, jak ważną rolę może odgrywać nasz głos wtedy, gdy Prezydent RP i rząd RP współdziałają ze sobą w kwestiach polityki zagranicznej. Prezydent i rząd, mimo pewnych zgrzytów wokół pamiętnego wyjazdu pięciu prezydentów do Gruzji, przemówili jednym głosem. Dzięki temu odnieśliśmy cząstkowe cele: odłożyliśmy w czasie proces obalania prezydenta Saakaszwiliego, poprzez finalizację rokowań wokół tarczy antyrakietowej otworzyliśmy drogę do większej obecności USA w tym regionie, zmusiliśmy Unię Europejską do zaangażowania się w ten konflikt po stronie Gruzji. Pierwszy z tych celów został osiągnięty głównie dzięki zaangażowaniu Prezydenta; dwa kolejne - dzięki współdziałaniu rządu i Prezydenta.
Sierpień tego roku był także czasem, kiedy uwierzyłem w to, że, mimo złej sytuacji w naszym regionie, mimo niepełnego usunięcia z polskiej polityki wszystkich pozostałości po sowieckiej strefie wpływów obejmującej wcześniej nasze terytorium, mimo bardzo przeciętnego rządu jesteśmy dostatecznie silni, aby stawić czoła wszystkim przeciwnościom. Jednak, mimo wszystko, byłem optymistą. Ten optymizm w znaczącym stopniu był zbudowany na tym, że udało się skutecznie sfinalizować rozmowy o wybudowaniu w Polsce elementów tarczy antyrakietowej.
W ciągu zaledwie tygodnia mój optymizm prysł ostatecznie. I dokonało się to mimo, że minister Sikorski, z którym nieraz się nie zgadzam, w trakcie swojej wizyty w USA po raz kolejny pokazał, że działa w interesie polskiej racji stanu, że jest polskim patriotą, że tak newralgiczny dla naszego bezpieczeństwa resort nawet w czasach złych dla Polski rządów Platformy Obywatelskiej pozostał w rękach człowieka, który służy polskiej racji stanu. Mimo, że w ostatnich czasach dochodziły z polskiego MSZ bardzo niepokojące wieści o tym, że jednym z wiceministrów jest były agent Służby Bezpieczeństwa (jestem głęboko przekonany o tym, że obecność dawnej agentury służb specjalnych PRL w strukturach polskich władz zagraża bezpieczeństwu państwa), to, co R. Sikorski mówił i robił wizytując Stany Zjednoczone, utwierdziło mnie w przekonaniu, które żywię nadal, że zasadniczy kierunek działań polskiego MSZ, mimo wielu wypadek, jest dobry, tzn. jego celem jest dobro Polski.
Rosja wygrała w Gruzji, a teraz, poprzez niesłychanie skuteczne działania swojej dyplomacji, systematycznie powiększa rangę tego zwycięstwa. Dzisiejsze gazety informują o rzeczy, która dla Polski oznacza katastrofę, bo jej bezpośrednim skutkiem staje się to, że nasz kraj, po zaledwie kilkunastu latach względnej stabilności, znowu znajduje się w obszarze zagrożonym. Polska stała się właśnie krajem zagrożonym, a stała się nim dlatego, że Stany Zjednoczone Ameryki musiały ulec presji kluczowych państw Europy kontynentalnej - Niemiec, Francji i Włoch - i oddaliły perspektywę członkostwa w NATO dla Ukrainy i Gruzji. Jako Europa Środkowo-Wschodnia zostaliśmy na placu boju sami, bo jedyne państwo, które chce nas wspierać nie tylko ze względu na swoje partykularne interesy (parafrazuję w tym momencie słynne słowa Józefa Piłsudskiego wypowiedziane odnośnie zaangażowania sił powietrznych Stanów Zjednoczonych w wojnę polsko-bolszewicką z 1920 roku; Piłsudski powiedział wówczas, że Stany Zjednoczone są jedynym państwem, które jest gotowe wspierać Polskę nie tylko ze względu na swoje partykularne interesy; te słowa są w pełni aktualne także dzisiaj, powinny stanowić centralną tezę naszej polityki zagranicznej), zostało zmuszone do uznania rzeczywistości, czyli tego, że przyjęcie Ukrainy i Gruzji do NATO jest niemożliwe. A jest niemożliwe dlatego, że bez Niemiec, Francji i Włoch nie da się tego zrobić. To zmusiło administrację Busha do zmiany projektowanej polityki wobec tych dwóch państw: oczywiście jej celem nadal jest doprowadzenie ich do członkostwa w NATO, ale teraz ta perspektywa jest tak bardzo oddalona w czasie, że znacząco zostały powiększone możliwości działań Rosji na rzecz zablokowania tego procesu. Obecnie podstawowy cel działań Stanów Zjednoczonych można streścić w ten sposób: doprowadzić Gruzję i Ukrainę do takiej sytuacji wewnętrznej, aby wytrącić z rąk ich przeciwników wszystkie możliwe preteksty na rzecz ciągłego odsuwania w czasie ich przyjęcia do NATO. Tyle tylko, że jest to proces niesłychanie długotrwały, i z niemałym prawdopodobieństwem może zakończyć się porażką, zwłaszcza gdy uwzględni się rosnące w tych państwach wpływy rosyjskie, które z łatwością mogą takie preteksty, jak np. niestabilność sceny politycznej, kreować.
W tle tej informacji trzeba mieć przed oczyma wszystko to, co wydarzyło się wokół niedawnego incydentu ze strzałami w Gruzji. To wszystko, co się wokół tego działo i dzieje, ostatecznie pokazuje, że wina nie leży tylko w innych: to przede wszystkim my jesteśmy zbyt słabi, aby przeciwstawić się interesom rosyjskim w regionie. W sierpniu tego roku wydawało mi się, że jednak jest inaczej - teraz także ta iluzja prysła. Jest to dowód ostateczny, niemożliwy do zbicia na patologiczny charakter III Rzeczypospolitej: państwa, które jest jedną nogą w wolnej Polsce, a drugą nogą w PRLu, jedną nogą w państwie suwerennym, a drugą nogą - w państwie podporządkowanym interesom obcego mocarstwa. Jest to dowód klęski tych wszystkich polityków, którzy uważali i nadal uważają, że tą drogą, jaką przyjęto na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, można było doprowadzić Polskę do bycia silnym państwem suwerennym. Polska suwerenność, która nadal jeszcze jest faktem, jest słaba, a jedynymi okresami, kiedy została znacząco wzmocniona, była pierwsza połowa 1992 roku oraz dwa lata rządów PiS. To, co wydarzyło się w sierpniu 2008 roku, ten przejaw możliwej siły Państwa Polskiego, było oczywistym efektem dwóch lat rządów PiS: bo to dzięki rządom PiS nastąpiła znacząca zmiana w polskiej polityce zagranicznej, i dzięki rządom PiS siły, które próbowały sabotować działania polskiej dyplomacji w sprawie gruzińskiej, zostały pozbawione najważniejszego instrumentu, poprzez który mogły ten sabotaż realizować - WSI. Z tymi zmianami szczególnie należy wiązać nazwiska Lecha i Jarosława Kaczyńskich, Anny Fotygi, Antoniego Macierewicza i niemniej odważnych członków komisji likwidacyjnej i weryfikacyjnej WSI. Właśnie w sierpniu ubiegłego roku okazało się, jak ważne i jak owocne dla Polski były te dwa lata.
Jednak sierpień minął, mamy listopad. I w tymże listopadzie okazuje się, że znaczna część polskich mediów, w tym także te najbardziej wpływowe, z miejsca przyjęły taką samą interpretację wydarzenia w Gruzji, jaką przyjął też MSZ Rosji. Otóż wydarzenie w Gruzji miałoby być według tej interpretacji prowokacją gruzińską. Osetyjczycy strzelali, ale to przecież cwany lis (w końcu jest z Kaukazu, a przecież wiadomo, jakie są narody kaukaskie) Saakaszwili wykorzystał naszego Prezydenta (który swoją drogą też jest zły, bo dał się wykorzystać), żeby sprowokować przeczystych Osetyjczyków do strzałów. Absurdalność takiej interpretacji jest oczywista dla każdego, kto ma jakiekolwiek rozeznanie w sytuacji międzynarodowej, i zada sobie proste pytanie: kto na tym zyskał? Otóż podjęcie takiej prostej czynności umysłowej wystarczy, aby dostrzec, że Saakaszwili musiałby być kompletnym idiotą, a nie cwanym lisem, aby chcieć sprowokować Osetyjczyków. Dla Saakaszwiliego obecnie sprawą podstawową jest to, aby utrzymać władzę, która jest poważnie zagrożona; pokazanie światu i swoim własnym obywatelom, że nie panuje nawet nad własnym terytorium, i to nawet do tego stopnia, że nie jest w stanie bezpiecznie przewieść najbardziej zaprzyjaźnionej głowy innego państwa, w sposób oczywisty nie tylko nie służy temu celowi, ale znacząco przybliża kres władzy Saakaszwiliego w Gruzji. Tym samym na tych osetyjskich strzałach zyskało to państwo, któremu zależy na obaleniu Saakaszwiliego. I chyba nikt nie ma wątpliwości, że zyskali na tym separatyści z Osetii Południowej oraz Rosja.
Głęboko wierzę w to, że dokonanie takiej analizy nie przekracza zdolności intelektualnych polskich dziennikarzy, dlatego zakładam, że wpisanie się w nurt propagandy rosyjskiej jest tutaj oczywistym dowodem na uzależnienie znacznej części polskich mediów od tych ośrodków w Polsce, które sprzyjają interesom rosyjskim. Być może nie wszystkie media, które tak twierdzą, są poddane tym ośrodkom i realizują te interesy, ale z pewnością znaczna ich część. Ale to dopiero pierwsza z części mozaiki rosyjskich wpływów na naszym terytorium, które bardzo silnie objawiły się w ciągu ostatniego tygodnia. Kolejnym jej elementem są wpływy wśród ważnych polskich polityków. Tutaj po raz kolejny staje się jasne, że uzależnienie od ludzi dawnych służb specjalnych PRL ma bezpośrednie przełożenie na zajmowanie prorosyjskiego stanowiska. Mam tu na myśli zarówno uzależnienie, jakim jest poddana dawna agentura, jak i to uzależnienie, które zostało nabyte w czasach III RP. Dobitnym przykładem tego drugiego jest marszałek Sejmu (formalnie druga osoba w państwie!) Bronisław Komorowski, który wypowiedziami w sprawach polityki zagranicznej od dłuższego czasu (przypomnę dotyczące tarczy antyrakietowej niechętne wypowiedzi z sierpnia b.r., i to nawet z dnia podpisania umowy w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, które wskazują na to, że jego uzależnienie jest tak dalekie, że nawet jest w stanie sprzeciwić się oficjalnej linii swojej partii!) wprawia w zdumienie.
Na mediach i politykach sprawa się nie wyczerpuje. Jeszcze jedna istotna siła polskiego życia publicznego - służby specjalne - w części wzięła udział w realizowaniu prorosyjskich interesów. Dzisiaj został ujawniony raport sporządzony przez ABW - raport, który w sposób absolutnie jednoznaczny przysługuje się rosyjskiej propagandzie zmierzającej ze wszystkich sił do wykorzystania incydentu w celu skompromitowania prezydenta Saakaszwiliego. Taki jest właśnie cel owego raportu - najważniejsza polska służba dostarczyła właśnie rosyjskiej wersji wydarzeń potężnego argumentu na rzecz ich tezy. Do tej mozaiki należy jeszcze dodać BOR, którego szef, gen. Janicki, stara się, jak może, aby wykazać się niemniejszym zaangażowaniem od swego odpowiednika z ABW. To dowodzi jeszcze jednej, niesłychanie ważnej sprawy: jeżeli przyjrzymy się przeszłości zarówno szefa BOR-u, jak i przede wszystkim szefa ABW, zauważymy, że ich przeszłość w sposób oczywisty nie predysponuje ich do pełnienia najważniejszych funkcji państwowych. Tylko osoby krystalicznie uczciwe i o bardzo silnym poczuciu patriotycznego obowiązku mogą w kraju z racji swojego położenia geograficznego tak narażonym na infiltrację rosyjską, jak Polska, pełnić funkcję szefów służb specjalnych. Tylko Prawo i Sprawiedliwość wykazywało wolę polityczną do zmieniania sytuacji w służbach; Platforma Obywatelska w sposób oczywisty wykazuje wolę dokładnie odwrotną: do przywracania do służb ludzi, którzy w przeszłości źle przysłużyli się Polsce, ale za to byli niebywale wpływowi w III RP, i uzależnili od siebie PO jako formację.
Sytuacja nie jest już tylko bardzo zła: jest fatalna. Każdy, kto bagatelizuje znaczenie obecnej sytuacji za naszą wschodnią granicą dla naszego przyszłego losu, popełnia najpoważniejszy z możliwych błędów. NATO po raz kolejny okazało swoją słabość. Słabość ta związana jest z systemem decyzyjnym, w którym każda inicjatywa przeciwdziałająca odbudowywaniu sowieckiej strefy wpływów może natrafiać na opór państw widzących swoje interesy w zbliżeniu z Rosją, i na takowy opór natrafia. To, co wczoraj zostało stwierdzone przez Daniela Frieda, wielkiego przyjaciela Europy Środkowo-Wschodniej, oznacza przede wszystkim stwierdzenie faktu postępującego słabnięcia NATO i jego zdolności do skutecznej realizacji swoich podstawowych interesów. Jeszcze ważniejsze dla nas jest to, że słynny art. 5, zobowiązujący państwa NATO do stanięcia w obronie każdego z zaatakowanych członków tej struktury, nie wystarcza dla zapewnienia Polsce bezpieczeństwa: nie jesteśmy przecież zagrożeni militarnie, likwidowanie polskiej suwerenności ma w planach rosyjskich dokonać się bez udziału wojsk. Jeżeli zostaniemy podbici, to zostanie to zrobione tak, że, przy tym stopniu prorosyjskości mediów zachodnich, brak reakcji ze strony naszych tzw. sojuszników np. z Francji czy Włoch nawet nie spotka się z negatywną reakcją ze strony społeczeństw francuskiego i włoskiego, bo one po prostu nie będą w pełni rozumiały tego, co się właśnie stało. Natomiast NATO nie jest już w stanie tak się zreformować, aby nas zabezpieczyć przed tym, i ten fakt w połączeniu z wyżej stwierdzonym faktem niewystarczalności art. 5. razem sprawiają, że już nie tylko art. 5, ale samo członkostwo w NATO nie jest wystarczające dla zabezpieczenia naszego bezpieczeństwa. Niewystarczalność art. 5 była wiadoma od co najmniej paru lat; ale brak możliwości szybkiego przystosowania gwarantowanych nam w ramach NATO zabezpieczeń do obecnej sytuacji, który sprawia, że samo członkostwo w NATO nie jest już wystarczające, unaocznił się dopiero w tym roku. Potrzebne nam jest nawiązanie bardzo ścisłych, bilateralnych relacji ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki. To właśnie dlatego tarcza antyrakietowa i wszystko to, co jej towarzyszy, jest niesłychanie ważne dla polskiej racji stanu. A pamiętajmy o tym, że także ten element z każdym dniem staje się coraz bardziej zagrożony. Skoro już, nie z naszej winy, ale jednak przegraliśmy batalię o Gruzję, przed nami batalia ostateczna: batalia o tarczę antyrakietową. Porażka w tej batalii oznacza przegraną w wojnie i olbrzymie prawdopodobieństwo przywrócenia rosyjskiej strefy wpływów w Polsce w przeciągu najbliższych 5-10 lat. Zwycięstwo w tej batalii oznacza, że, jeżeli zostanie podjęty wysiłek oczyszczenia polskich elit, będziemy mieli co najmniej na dziesięciolecia bezpieczną, silną, suwerenną Polskę, a to przełoży się na zwiększenie naszej skuteczności w polityce wschodniej i poprawę losu tych narodów.
Nad Polską zebrały się czarne chmury, a nasze państwo wydaje się być zbyt słabe, aby się temu przeciwstawić. Mimo to jest jeszcze promyk nadziei. Ta notatka może brzmi zbyt pesymistycznie, ale moim zdaniem na dzień dzisiejszy tak właśnie należy patrzeć na naszą przyszłość. Trzeba jednak wierzyć, że stanie się inaczej, i robić wszystko, co w mocy każdego z nas, aby powyższe obawy się nie ziściły.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)