W sobotnio-niedzielnym wydaniu "Gazety Wyborczej" abp Józef Życiński przepuścił bezprecedensowy atak na ks. prof. Waldemara Chrostowskiego. Do zabrania głosu w tej sprawie zmusza mnie nie tylko poczucie powinności obrony dobrego imienia człowieka szkalowanego w drugiej wśród najbardziej poczytnych gazet w Polsce; zostałem także poniekąd wywołany do tablicy przez samego autora artykułu, który zauważył, że "(...) podobne insynuacje [ks. Chrostowskiego wobec części znanych katolickich uczestników dialogu z Żydami - przyp.Machabeusz] bolą szczególnie, kiedy uświadamiamy sobie, że ich autorem jest kapłan kształtujący kolejne generacje studentów" (ten, jak i kolejne cytaty, pochodzą z artykułu abp Józefa Życińskiego "Daleko od Jana Pawła" zamieszczonym w "GW" nr 74(5987) z dn. 28-29.03.2009 r.). Jako jeden ze studentów, mających niewątpliwą przyjemność uczestniczyć w wykładach prowadzonych przez ks. prof. Chrostowskiego, uważam za konieczne złożenie świadectwa, poprzez które pragnę powiedzieć jedno: wykłady te nie tylko nie są nacechowane antysemityzmem, ale wręcz uczą miłości do Starego Testamentu, zarażają podziwem i zachwytem dla tego największego dzieła kultury żydowskiej. Ponadto, uważam także artykuł abp Życińskiego za dobry punkt wyjścia dla refleksji nad tym, w jaką stronę nie powinna iść teologia, nauka, którą mam przyjemność studiować.
W pierwszej kolejności chciałbym jednak zwrócić uwagę na wielką wagę, jaką "Gazeta Wyborcza" przyłożyła do artykułu atakującego osobę ks. prof. Waldemara Chrostowskiego. Jak wiedzą wszyscy stali czytelnicy tej gazety (a ja - wbrew pozorom - zaliczam się do tego grona, czytam "Gazetę Wyborczą" codziennie), dział religijny "Arka Noego" co tydzień w wydaniach sobotnio-niedzielnych tego dziennika publikuje artykuł dotyczący szeroko rozumianej problematyki religijnej. Jest on regularnie publikowany na ostatniej stronie działu "Świąteczna". Dla artykułu abp Życińskiego zrobiono tym razem wyjątek: opublikowany został on na pierwszej stronie działu "Świąteczna", jednej z najbardziej poczytnych i pożądanych stron w całym sobotnio-niedzielnym wydaniu "Wyborczej". Takie wyjątki zdarzają się, ale zdarzają się rzadko i przeważnie przy wyjątkowo ważnych okazjach (np. artykuły związane ze świętami). Tym razem wyjątek dotyczy artykułu mówiącego o jednej i - powiedzmy sobie szczerze - niezbyt wysoko postawionej w strukturach Kościoła osobie. Choć osoba, o której on mówi, jest zarazem jednym z najwybitniejszych polskich teologów, konsultantem ostatniego Synodu Biskupów w Rzymie poświęconemu Słowu Bożemu (co zostało w sposób znaczący pominięte przez "Gazetę Wyborczą", mimo że powiedziano o innych jego funkcjach), niewątpliwie nie jest znana szerszej publiczności i dużej części czytelników "Gazety Wyborczej". Na pewno z punktu widzenia logiki układania artykułów w "Gazecie" nie jest racjonalne umieszczanie artykułu dotyczącego sporu, który znany jest pewnej stosunkowo niewielkiej grupie osób, przed choćby wywiadem z byłym premierem polskiego rządu Janem Krzysztofem Bieleckim. Cel takiego wyróżnienia artykułu o ks. prof. Chrostowskim jest jednak dosyć łatwy do odczytania, zwłaszcza po zaznajomieniu się z treścią artykułu: jest nim wzmocnienie siły ataku. Biorąc pod uwagę ten fakt, jak i słowa abp Życińskiego, ważnej postaci polskiego Kościoła, wskazujące na niestosowność faktu, że tacy ludzie wykładają na wydziałach teologicznych, mają prawo pojawiać się obawy, że możemy mieć tutaj do czynienia m.in. z próbą pozamerytorycznego wpływania na skład profesorski dwóch uczelni (UKSW i UMK) przez arcybiskupa innej archidiecezji przy współudziale jednego z mediów. To dla skromnego studenta jednej z tychże uczelni byłoby absolutnie nie do zaakceptowania, świadczyłoby o niszczeniu przestrzeni wolności uniwersyteckiej przez "Gazetę Wyborczą" i abp Życińskiego, i wymagałoby zdecydowanego sprzeciwu. Choć, oczywiście, są to tylko pewne obawy, oparte bardziej na spekulacji wywiedzionej z poszlak, niż argumentach dostatecznych, żeby móc je uznać za dowód.
Podstawowym celem artykułu abp Życińskiego jest wykazanie tezy, że ks. prof. Chrostowski jest antysemitą, mimo że słowo to nie pada w artykule w sposób otwarty ani razu. Próbuje się tego dokonać na kilka sposobów: jednym z nich jest wyrywanie z kontekstu pewnych określeń, co pozwala w nadaniu im pewnych subtelnych, acz znacząco oddziałujących na odbiór prezentowanej postaci naddatków znaczeniowych. Przykładowo, autor artykułu nie wyjaśnia, o co chodzi w określeniu wizyty Jana Pawła II w synagodze rzymskiej jako "swoistej prowokacji". Podaje tego typu stwierdzenie pozbawiając je całkowicie jego właściwego sensu, dając mu zaistnieć własnym życiem. Słowo prowokacja niewiele samo z siebie powie, bo należy ono do grona słów, które należy dodefiniować poprzez określenie tego, co chciał sprowokować. W dodatku, na konieczność zwrócenia uwagi na znaczenie tego słowa w kontekście zwraca poprzedzające je słowo "swoista", które świadczy o tym, że to, co jest nim określane, nie może być rozumiane w sposób prosty, że, aby właściwie odczytać odcień znaczeniowy użytego słowa, musimy poznać całość wypowiedzi.
Cały artykuł jest jednak zbudowany na czymś znacznie głębszym: jest nim przeciwstawienie ks. prof. Chrostowskiego dziedzictwu duchowemu Jana Pawła II. Powyższy przykład jest jedynie elementem narracji snutej przez cały artykuł, a podporządkowanej temu celowi. W tym kontekście oczywiście nieprzypadkowe - co zresztą sam ksiądz arcybiskup sygnalizuje na początku swojego artykułu - jest pojawienie się tego artykułu na kilka dni przed rocznicą śmierci Jana Pawła II. Abp Życiński zastanawia się, "w jakim stopniu Ojciec Święty jest nadal obecny w naszych uczuciach i w naszych wyborach życiowych?", a cały artykuł stanowi jednoznaczną odpowiedź na to pytanie: są w środowisku polskiej teologii czarne owce, które bezczeszczą dziedzictwo pozostałe po Janie Pawle II, a uosobieniem tych mocy zła staje się ks. prof. Chrostowski. Oczywiście, żadna z przytoczonych opinii nie świadczy o bezczeszczeniu przez księdza profesora dziedzictwa pozostałego po Janie Pawle II; każdy zaś, kto zna treść jego wykładów, doskonale zdaje sobie sprawę z wielkiego szacunku i autorytetu, jakim ks. prof. Chrostowski darzy osobę i dziedzictwo zmarłego papieża. Przykładem tego może być najbardziej imponująca dla mnie część z dotychczas znanych mi wykładów ks. prof. Chrostowskiego, która dotyczyła rozumienia fragmentu mówiącego o stworzeniu człowieka jako mężczyznę i niewiastę na obraz i podobieństwo Boga, a która pozostawała w nawiązaniu do katechezy Jana Pawła II. Co więcej, choćby refleksje księdza profesora nad określeniem Jana Pawła II, mówiącego, że Żydzi są "można by powiedzieć, naszymi starszymi braćmi" dążą nie do negacji dziedzictwa Jana Pawła II, ale do zrozumienia zasadniczych treści tego przesłania. Teologia, którą chce się zajmować ks. Chrostowski, i która także mi, jako studentowi tej dyscypliny, jest znacznie bliższa, jest teologią dążącą do rozumienia sensu pewnych sformułowań, zwłaszcza tych, które - na co wskazuje ks. Chrostowski - są sformułowaniami nowymi. Tym bardziej staje się to jasne wtedy, gdy zauważymy, że sam Jan Paweł II wprowadza określenie z pewną dozą ostrożności, poprzedzając ją słowami "można by powiedzieć", na co zwraca uwagę ks. Chrostowski. Inny pomysł na teologię najwyraźniej reprezentuje abp Życiński, dla którego teologia powinna być bezrefleksyjnym powtarzaniem pewnych formuł, zwłaszcza tych związanych z osobą Jana Pawła II. Niestety jednak taka teologia przestaje być nauką, a zaczyna być doktrynerstwem, przed czym ciągle powinna się bronić. Poza tym, mam poważne wątpliwości, czy tego typu postawa jest świadectwem szacunku dla dziedzictwa papieskiego.
W moim prywatnym odczuciu (na tyle, na ile znana jest mi ta postać), ks. prof. Chrostowski wydaje się być osobą, która kiedyś pokładała duże nadzieje w dialogu z Żydami (i była w niego bardzo mocno zaangażowana), i która, w pewnym momencie i z pewnych przyczyn (nie znanych mi, więc ciężko cokolwiek o tym napisać) się bardzo mocno zawiodła. Zawiodła się dzisiejszymi Żydami, bo umiłowała biblijny Izrael i największy kwiat ich dziedzictwa - Stary Testament, bo - w pewnym sensie - wewnątrz stała się Żydem. Oczywiście, są to tylko moje odczucia. Być może ich podstawą jest tylko pewna ekstrapolacja własnych doświadczeń i mojego złożonego stosunku do Rosji i Rosjan, narodu, którego dziedzictwo bardzo mocno kocham, którego myśl, filozofia i teologia mnie w znaczącym stopniu ukształtowały. W duchu czując silny emocjonalny związek z Rosją wielkich prawosławnych świętych, z Rosją XX-wiecznych męczenników niezłomnych w walce z bolszewizmem, z Rosją Bierdiajewa, Sołowjowa, o. Sergiusza Bułghakowa, nie mogę patrzeć na dzisiejszy kształt rosyjskiej polityki, nie mogę tolerować sprzeciwiającej się temu dziedzictwu rosyjskiej władzy, eksterminującej Czeczenów, rozpoczynającej wojnę w Gruzji, a nawet zwróconej przeciwko własnemu narodowi. Nie sposób, patrząc na to wszystko, nie uznać za swoje słynnych słów ks. Trubieckoja, że "w Rosję można tylko wierzyć". Jeżeli ta ekstrapolacja z moich doświadczeń chociaż w pewnym stopniu pasuje do tego, co odczuwa ks. Chrostowski patrząc na dzisiejszy Izrael i stan dialogu katolicko-żydowskiego, to może chociaż trochę zrozumiałe staje się dla mnie, jak bardzo głęboko musi go dotknąć insynuowanie mu antysemityzmu: tak samo, jak mnie dotknęłoby publiczne insynuowanie mi rusofobii, czy antyrosyjskości.
Abstrahując jednak od niemożliwego do rozwiązania przy dostępnym mi zasobie wiedzy problemu, czy taki schemat ujmujący postawę ks. prof. Chrostowskiego jest słuszny, nie sposób sprzeciwić się faktowi, że ks. prof. Chrostowski ma bardzo znaczące doświadczenia na polu dialogu katolicko-żydowskiego, które dają mu pełne prawo i adekwatne rozpoznanie tematu do formułowania własnych sądów na jego temat. Można się nie zgadzać w ocenie postępów w dialogu katolicko-żydowskim, można uważać, że jego krytycyzm wobec postaw części osób zaangażowanych w ten dialog jest niesprawiedliwy. Nie ma jednak żadnych powodów, aby uważać, że tego typu ogląd aktualnej sytuacji jest wyrazem sprzeciwiania się dziedzictwu Jana Pawła II.
Gdyby jednak abp Życiński na tych, i na innych jeszcze uwagach polemicznych zakończył swój artykuł, mimo że nie sposób ocenić go jako tekst wartościowy (choćby z uwagi na wszechobecne w nim manipulowanie informacją, dużą ogólnikowość stwierdzeń i kiepską linię argumentacji), zmieściłby się on jeszcze w jakichś granicach. Do tego momentu, co prawda, atak ten przekracza z pewnością granice dobrego smaku, ale raczej nie przekracza granicy tego, co wolno. Jednak to, co stało się zasadniczą treścią artykułu, rozreklamowaną na pierwszej stronie "Gazety Wyborczej" w informacji o tym, że w "Świątecznej" arcybiskup Józef Życiński zastanawia się, "czy należymy [z ks. prof. Chrostowskim - przyp. Machabeusz] do tego samego Kościoła", to poniższe zdanie: "(...) Styl ten [chrześcijańskiej kultury życia - przyp. Machabeusz] tak daleko odbiega od ocen zawartych w książce, że przy jej lekturze często powracało u mnie wrażenie, iż żyjemy z autorem w dwóch zupełnie różnych światach, a może nawet należymy do różnych Kościołów". Można uznać, że treść całego artykułu kumuluje się w tym jednym zdaniu, a snucie narracji w oparciu o przeciwstawienie ks. prof. Chrostowskiego dziedzictwu Jana Pawła II miało właśnie zmierzać przybliżeniu samego czytelnika do wniosku, który teraz wysnuwa autor. Stawianie przez arcybiskupa jednego z kapłanów poza Kościołem i imputowanie mu, że należy do jakiegoś "innego" Kościoła, a to wszystko tylko z tego powodu, że, po latach zmagań na tym polu, odważył się mieć inne zdanie o dotychczasowych dokonaniach w dziedzinie dialogu katolicko-żydowskiego i o jego możliwościach oraz o postawie pewnej części dzisiejszych Żydów, to - z punktu widzenia fundamentalnych treści, na których oparte jest chrześcijaństwo - arcyskandal. Jest to najlepsze, krańcowe świadectwo tego, jak bardzo ten atak miał zdecydowany charakter.
Jak już powiedziałem, wykłady ks. prof. Chrostowskiego poświęcone Staremu Testamentowi zarażają miłością do narodu, w którym narodziła się ta Księga. Mają one olbrzymie walory intelektualne, bo osoba prowadzącego nie tylko jest w posiadaniu ogromnej wiedzy o Biblii, ale jest także obdarzona niewątpliwym talentem do prowadzenia wykładów i ogromną zdolnością do przedstawiania trudnych treści w sposób przystępny dla zwykłego studenta. Ta ostatnia zdolność objawiła się w moim przypadku szczególnie przy omawianiu Księgi Kapłańskiej: dopiero wspólne poznawanie tej księgi w ramach wykładów, księgi stanowiącej centrum religijności biblijnego Izraela, pozwoliło mi dostrzec głębię jej przesłania i jej aktualność dla mnie dzisiaj. Wcześniej była ona dla mnie po prostu księgą nudną, nie mogącą nic wnieść do mojej codzienności - od tamtego momentu dostrzegłem, że fundamentalne treści, mimo jednoczesnej obcości niejednego z zawartych tam wskazań dla dzisiejszego człowieka kultury europejskiej, posiadają pewną stałą wartość. To wszystko sprawia, że wykłady z ks. prof. Chrostowskim są jednymi z najlepszych wykładów na studiach teologicznych.
Jak już sygnalizowałem, nie wierzę w to, aby publikacja tego artykułu, zawierającego co najmniej 3 niebywale ostre zarzuty (antysemityzmu, sprzeciwiania się dziedzictwu duchowemu Jana Pawła II i pozostawania poza Kościołem), mogącego skutecznie zdemonizować prezentowaną postać w oczach zwykłego czytelnika "Gazety Wyborczej", nie miała żadnego celu. Wyraziłem już swoje obawy związane z cytatem wyrażającym ubolewanie z faktu, że tacy ludzie uczą na teologii. Choć oczywiście nie da się w sposób pewny określić, jaki jest cel przyświecający napisaniu tego artykułu, to jednak artykuł ten jest wyraźnym świadectwem tego, jak abp Życiński postrzega teologię. Jest to sposób postrzegania bardzo przykry dla kogoś, kto, tak jak ja, w swoim, zarówno prywatnym, jak i studenckim, zajmowaniu się teologią, odkrył ją jako oazę, przestrzeń wolnej myśli. Zwróćmy uwagę na to, że abp Życiński w swoim artykule zastosował swoistą taktykę, którą najkrócej można streścić w słowach: "najłatwiej jest zabić... Janem Pawłem II". Abp Życiński nie podaje argumentów mających potwierdzać jego tezę; jednym wielkim argumentem jest rzekome odstępstwo od nauczania Jana Pawła II. Jeżeli zdamy sobie sprawę z tego, że owo "odstępstwo" to w istocie po prostu próba zrozumienia, a nie bezrefleksyjnego powtarzania formułek, wynikająca z rzeczywistego szacunku dla dziedzictwa Jana Pawła II, a nie instrumentalnego traktowania go w sposób zbliżony do gazety, której czasem używa się też do zabijania much, to stanie się jasne, że modelem, który pozostaje w tle tego artykułu jako faktycznie chciany przez abp Życińskiego, jest nie model teologa wyzwolonego przez nauczanie m.in. Jana Pawła II do pogłębionej refleksji nad zagadnieniami Boga i człowieka; taki model reprezentuje ten, którego abp Życiński bezpardonowo atakuje w całym artykule. Model wymarzony przez abp Życińskiego to model bezkrytycznych papug, powtarzających brzmienie słów bez przyswajania ich treści czy próby osobistego ustosunkowania się do nich .Bo w teologii - wbrew temu, co wynika z artykułu abp Życińskiego, który chce sekować teologa za krytyczny namysł nad nauczaniem Jana Pawła II - jest miejsce na to, co głęboko, najgłębiej osobiste; już Ewagriusz z Pontu, Ojciec Pustyni, definiował teologa poprzez modlitwę, mówiąc, że "jeżeli będziesz się dobrze modlił, będziesz teologiem"; a przecież modlitwa, będąca wg Ewagriusza "obcowaniem umysłu z Bogiem", jest niczym innym, jak doświadczeniem głęboko osobistym; ten sam Ewagriusz z Pontu uważał także miłość za początek gnozy; w końcu zaś nie ma prawdziwej teologii bez osobowego przyswojenia sobie prawd wiary dostępnych w Objawieniu jako prawd, które są skierowane do mnie, a więc do których moje ustosunkowanie się musi być nacechowane pierwiastkiem osobowym, właśnie jako moje ustosunkowanie się; oczywiście, nie oznacza to uprawiania teologii poza Kościołem - oparcie się na autorytecie jest jednak właśnie tym, co umożliwia teologii jej wolność, nie może ono służyć likwidowaniu wszelkiego osobistego namysłu; znaczenie autorytetu w teologii może zostać dostrzeżone dopiero wtedy, gdy zobaczy się, że jest to ta dziedzina - być może jedyna - która bez autorytetu pozostawać musi w niewoli bujania w obłokach; dopiero oparcie dawane jej przez nauczanie Kościoła umożliwia jej otwarcie się na głębsze przestrzenie, racjonalną refleksję nad wiarą.
O wolności teologii świadczy to, co dała ona światu. Sam Karl Jaspers, którego ciężko posądzać o szerzenie judeochrześcijańskiej propagandy, wskazuje na to, że gdyby nie ukształtowanie się koncepcji Jedynego Boga, które dokonało się przecież na gruncie teologii, nigdy nie ukształtowałoby się poczucie jedności rodzaju ludzkiego. Zresztą, nie tylko to, ale wszystkie nasze najlepsze pojęcia polityczne, takie jak wolność, osoba czy unia, w istocie są wyciągniętymi ze swoich pierwotnych religijnych kontekstów pojęciami teologicznymi. Nie sposób nie dostrzec, że wśród korzeni najbardziej wartościowej z XX-wiecznych filozofii, czyli egzystencjalizmu (na podstawie którego wyrósł personalizm), jest bardzo silny korzeń teologiczny, związany z osobą Sorena Kierkegaarda. W przypadku wielu innych zjawisk oddziaływanie teologii także jest bardzo silnie widoczne. I do tej teologii, refleksji z prawdziwego zdarzenia, znacznie bliżej jest ks. prof. Chrostowskiemu, niż takiemu abp Życińskiemu, jaki dał się poznać poprzez ten artykuł. Choć chciałbym wierzyć, że to, co wynika z tego artykułu, dla obrazu teologii, jest jedynie jego niezamierzonym efektem.


Komentarze
Pokaż komentarze (14)