Od dłuższego czasu odnoszę wrażenie, iż poprzez medialny chaos widzenie świata przez wiele osób zostało drastycznie zaburzone. Coraz częściej bowiem słowa nie znaczą tego, co znaczyć powinny w rozumieniu słownikowym. Każde słowo ma niestety dziś swój kontekst polityczny.
Nie śledzę polityki na bieżąco. Przynajmniej ostatnio. Nie posiadam aktualnych informacji o aferach i innych niusach z Naszego pięknego kraju nad Wisłą. Takie odizolowanie od medialnego zgiełku ma swoje zalety, z których niewątpliwie najważniejszą jest to, że można wreszcie w spokoju usiąść i pomyśleć. Gdy już się pomyśli można wyjść na jesienny spacer, uśmiechnąć się do pani w warzywniaku, przytrzymać drzwi sąsiadce, czy porozmawiać z sąsiadem przy okazji palenia papierosa. I co się wtedy okazuje?
Okazuje się, że rzeczy mają się zupełnie inaczej, niż za czasów oglądania telewizji. Nagle bowiem spostrzegamy, że nie wszyscy Polacy są zacietrzewieni, podzieleni i nieprzychylni sobie nawzajem z uwagi na sympatie i antypatie polityczne. Język nienawiści, w którym trzeba stać tam gdzie my, lub tam gdzie stało ZOMO nie ma zupełnie racji bytu, ponieważ wszyscy, jak jeden mąż chcemy stać po jednej stronie – "zwykłości" i normalności.
Już wyobrażam sobie glosy, które po tym akapicie stwierdzą, że normalność, to rozliczenia z przeszłością, że normalność to inne rządy itd. itp.
Tak. Wiele osób nie może porozmawiać po prostu o normalności. Musi być to normalność rozumiana przez sytuację polityczną lub szereg doktryn politycznych albo pryzmat historii. Nie mogą te osoby krytykować dziennikarza za jego gorsze teksty, czy wystąpienia. Krytykują natomiast jego pracę przez to, kim byli jego bądź jej rodzice. Język politycznych sporów wykoślawił nasz język i pojmowanie rzeczywistości. Żurnalistom zarzuca się nie braki merytoryczne, lecz lojalność wobec słusznie minionego ustroju.
Bo trzeba Panie autorze rozliczać! – usłyszę z pewnością w komentarzach pod tym artykułem. Trzeba, tyle, że dlaczego owe rozliczenia, w których przecież chodzić ma o sprawiedliwość, a nie o „gnojenie kogoś publicznie” odbywać się muszą na forum. W blasku kamer stacji telewizyjnych? Nie od dziś wiadomo, że jeśli z czegoś zrobi się marketingowy show, to z obiektywizmem i trzeźwym osądem ma to tyle wspólnego, co sierotka Marysia z historiami o trudnym dojrzewaniu bez rodziców.
Rozliczać powinny instytucje, a nie media. Dość bowiem mam w przestrzeni publicznej "ludzi -sumień", którzy bez mrugnięcia okiem rzucają, że ktoś był lub (o zgrozo!) wciąż jest funkcjonariuszem dawnego systemu. Jeszcze gorzej robi mi się na myśl o bardzo niskim zwrocie, który na stale wszedł do kanonu zwrotów polskiej prawicy: „resortowe dziecko”. Taki stwierdzenie winno być uznane ze wszech miar za naganne! Jeśli ktoś uważa inaczej, to proszę- śmiało. Nie mam zamiaru wchodzić w polemiki, bowiem to nie ten poziom dyskusji.
Język tego typu jest językiem ludzi zacietrzewionych, którym jeśli nawet dać piękną różę, to i tak się skrzywią i powiedzą, że wyrosła na śmierdzącym gnoju.



Komentarze
Pokaż komentarze