Gdybyśmy dzisiaj, z perspektywy XXI wieku spojrzeli wstecz, podejmując próbę porównania historii największych religii świata, z pewnością dostrzeglibyśmy wiele dzielących je różnic, wynikających głównie z rozbieżnych doktryn i tradycji kształtowanych na przestrzeni wielu wieków. Powoduje to wrażenie, że w zasadach tychże religii zostało już wszystko powiedziane. A zatem, skoro wizja świata według każdej z nich została już dawno nakreślona przez samego Stwórcę rodzi się pytanie, czy jest tu w ogóle jeszcze o czym rozmawiać? Wydaje się że jedyne co pozostaje współczesnym Jego wyznawcom to czerpać z tego obrazu i przemieniać go w rzeczywistość. Tak to przynajmniej powinno wyglądać w teorii. Jaka jednak jest praktyka? Czy rzeczywiście we wszystkich wielkich religiach: islamie, judaizmie i chrześcijaństwie wszystkie zasady wiary są jasne, a interpretacja jedna, zrozumiała i akceptowana przez wszystkich? Myślę że odpowiedzi na to trudne pytanie może nam udzielić właśnie historia każdej z nich, która zdaje się jednak przeczyć tezie, iż spójna i logiczna doktryna wystarczy by rozwiać wszelkie wątpliwości wierzących.
Wynika to głownie z cechy, która znajduje swoje potwierdzenie w licznych przeszłych wydarzeniach, a która jest charakterystyczna dla chyba wszystkich wielkich religii. Cechą tą, jest wielość ich interpretacji. Okazuje się bowiem, iż wiara budowana na tych samych zasadach może jak na ironie być rozumiana na wiele różnych, często bardzo sprzecznych ze sobą, sposobów. Z jednego korzenia wyrasta pień, który z czasem, im większa odległość dzieli go od podstawy, zaczyna rozdzielać się na wiele gałęzi z których każda kieruje się w inną stronę. Myślę że ta metafora w trafny sposób obrazuje proces który na przestrzeni wieków dokonywał się w wewnątrz wielu wyznań. Owe gałęzie obrazują wszystkich rozłamowców, schizmatyków czy samozwańczych proroków, którzy na nowo podjęli się zrozumienia zasad swojej wiary, porzucając tym samym korzeń, czyli pierwotne ich interpretację.
Tak było przed wiekami, i tak jest i dzisiaj. Co prawda współcześnie nie odbywa się to aż na tak wielką skalę jak przed kiedyś, jednak proces ten nadal trwa. Ciągle słyszy się o różnych grupach lub osobach które choć formalnie uważają się za wyznawców tej czy innej religii, to jednak ich postępowanie w świetle ogólnie przyjętych kryteriów często wydaje się kłócić z ogólnym jej charakterem. I to bez znaczenia czy mamy na myśli islam, judaizm czy chrześcijaństwo.
Skupiając się na samej istocie tych religii zauważymy, że każda z nich opiera się na jak najbardziej pozytywnych wartościach takich jak miłość, pokój czy sprawiedliwość. Wydawać by się zatem mogło że z podstawy opartej na tak trwałym gruncie nie może zrodzić się nic co by tym wartościom przeczyło. Z miłości nie może zrodzić się przecież nienawiść, pokój nie może stać się przyczynkiem do wojny, a sprawiedliwość nie może oznaczać bezprawia.
Skąd zatem biorą się tak zwani ”bohaterowie” terroru, którzy pełni przekonania o swojej słuszności często dopuszczają się wielu okrucieństw w imię religii którą wyznają. Jak to jest że z tego samego korzenia, opartego na trwałym gruncie, mogą zrodzić się tak różne postacie jak na przykład Osama bin Laden i Fethulach Gülenw islamie, Michael Bray i Jan Paweł II w chrześcijaństwie czy Abracham Joshua Heschel i Żydzi z pogardą patrzący na inne wyznania w judaizmie.
Najbardziej problematyczną kwestią w tej sprawie wydaje się być przekonanie obu tych grup- pozytywnych i negatywnych- że to właśnie ona właściwie interpretuje pisma, a myli się druga strona. Co więcej, każda podaje liczne argumenty na poparcie swojego stanowiska, usprawiedliwiając na przykład akty terroru teorią wojny sprawiedliwej, jak czynił to chociażby przywódca Al.-Kaidy. Pozostając przy islamie spójrzmy jeszcze na drugą stronę barykady, którą może reprezentować wspomniany jużFethulach Gülen, którego poglądy dla fundamentalistów są nie do przyjęcia, mimo iż pozornie wyznają oni tą samą religię. Paradoks ten został trafnie przedstawiony również w filmie ”Traitor” w którym obok głównego wątku zostały ze sobą skonfrontowane dwie postawy: wyznawcy islamu rozumiejącego dzihad jako wewnętrzny wysiłek w celu umocnienia wiary, a tym samym całego islamu z jednej strony, oraz grupy fundamentalistów, dla których dzihad to wojna z niewiernymi w dosłownym tego słowa znaczeniu, z drugiej.
Różnica w obu tych postawach w takich przypadkach zapewne wynika z różnej interpretacji tych samych reguł, które jednym nakazują mordować niewiernych, a drugich skłaniają do podejmowania dialogu między religijnego w celu osiągnięcia pokoju na świecie, mimo różnic jakie dzielą ludzi również na płaszczyźnie religijnej.
Warto w tym kontekście wspomnieć o wielkiej roli jaką w zbliżeniu między wyznaniami odegrał papież Jan Paweł II, który często mówił o potrzebie pokoju na świecie oraz o tym, że jakiekolwiek przemoc podejmowana w imię religii nie może mieć racji bytu. Podczas VI Światowego Spotkania Religii na rzecz pokoju które odbyło się w Watykanie w 1994 roku wygłosił on między innymi następujące słowa: ”Religia nie jest i nie może stać się pretekstem do konfliktu. (…) Religia i pokój są ze sobą ściśle związane; prowadzenie wojny w imię religii stanowi jaskrawe jej pogwałcenie”.
Widzimy w tych słowach wyraźny przekaz, który potępia usprawiedliwianie religią przemocy nie tylko przez muzułman, ale również wyznawców innych religii, oraz nie tylko współcześnie ale również w poprzednich wiekach. Papież chciał pokazać w ten sposób że pokój to wspólny cel dla wszystkich wyznań, a wyrzeknięcie się przemocy stanowi jeden z podstawowych kroków w kierunku jego osiągnięcia.
Czy jednak da się coś zrobić w celu uniknięcie rozbieżności w interpretacji zasad wiary? Moim zdaniem jedynym sposobem jest jej pogłębianie w duchu pokory oraz rozpoczęcie szerszej dyskusji nad spornymi kwestiami wewnątrz poszczególnych wyznań.
Pokora pomogłaby uznać autorytet hierarchów którzy strzegą owego ”korzenia” a dialog pozwoliłby pielęgnować ”gałęzie” dbając jednocześnie przy tym o to by nie rozrosły się za daleko na boki, co mogłoby zagrozić bytowi całego drzewa. Nie o to przecież chodzi by wszyscy zgadzali się bez dyskusji z narzuconymi odgórnie zasadami. Dyskutować można a nawet trzeba, jednak dyskusja ta powinna mieścić się w pewnych określonych granicach których przekraczać nie powinna. W przeciwnym razie, mogłoby to doprowadzić do prób podważania fundamentalnych prawd, leżących u podstaw każdej z religii, a to już równałoby się niemalże z negacją sensu jej istnienia. Dialog powinien prowadzić do rozwoju, a nie do destrukcji.
Bardzo dobrym przykładem może być tutaj Sobów Watykański II, który pomógł Kościołowi odnaleźć się w realiach nowych czasów, i przyczynił się pozytywnie do jego rozwoju. Poruszył on kwestie ważne i te które można zmienić, pozostawiając przy tym rzeczy nienaruszalne, stanowiące o samej istocie Kościoła, a których kwestionowanie może prowadzić już tylko do rozłamu.
I to stanowi moim zdaniem istotę różnicy między dialogiem kreatywnym a destruktywnym.
Różnice w podchodzeniu do religii będą istnieć zawsze, i temu nie da się zapobiec. Odkąd istnieje cywilizacja, ludzie zawsze starali się coś zmieniać, naruszać zastany porządek rzeczy. Zawsze istniała różnorodność poglądów, która znajduje swoje odzwierciedlenie również w religii. Ambiwalencja religii jest cechą którą nadali jej ludzie, i której nie da się całkowicie wymazać. Jedyne co da i powinno się robić to pilnować by nie przybrała ona zbyt niebezpiecznych rozmiarów. Różnorodność jest dobra, ale tylko pod warunkiem gdy mieści się w określonych granicach. Krytyczne spojrzenie ma prowadzić do stworzenia czegoś jakościowo lepszego, a nie deformacji czy zniekształcenia. I o tym trzeba cały czas pamiętać.



Komentarze
Pokaż komentarze (8)