Niemalże od samej katastrofy Polska podzieliła się na dwa wrogie sobie obozy posiadające dwie różne koncepcje co do tragedii pod Smoleńskiem. Jedni mają pewność, że to zwykły wypadek, prawdopodobnie zawinili piloci, pogoda, prezydent. Drudzy są pewni, że to była katastrofa i winę za to ponoszą Tusk, Putin, Klich, Arabski i wielu innych.
Na żadną ze stron nie działają racjonalne argumenty. Okopy, w których siedzą przedstawiciele dwóch teorii, są głębokie i nieprzesuwalne niczym te pierwszowojenne na froncie zachodnim. Gdy jedna ze stron mówi tak, druga mówi owak, raczej nie ma miejsca na choćby jeden wspólny punkt odniesienia, na który mogą się zgodzić. A przede wszystkim nie ma miejsca na fakty. Tego najbardziej brak dwóm koncepcjom - z góry odrzucają tezy strony drugiej. A przecież nic nie jest tylko czarne i tylko białe. Prokuratura zapewne nie będzie się wychylać z oszołomskimi tezami (w końcu jest "niezależna", "bezstronna", itp.) i uzna, że dochodzenie Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego było jak najbardziej prawidłowe i co najwyżej dorzuci coś o "niskiej sile rażenia" od siebie. Nie twierdzę wszakże, że MAK-owi należy nie ufać, co nie zmienia faktu, że nie należy również ufać bezgranicznie - reprezentuje on interesy Rosji i jako takich będzie ich bronił.
Wniosek z tego prosty - na całej sprawie stracą obie strony konfliktu (w domyśle po prostu większość Polaków) oraz, najbardziej poszkodowana, prawda. A tej, obym się mylił, być może nie poznamy nigdy.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)