Pod powyższym tytułem, 40 lat temu, zrealizowałem w pewnym drugoligowym teatrzyku studenckim przedstawienie ilustrujące sytuację próżni etycznej, jaka zaistniała w obozie zwycięzców hipotetycznej rewolucji.
Posłużyłem się fragmentami tekstu "Nie-boskiej Komedii" Krasińskiego, a warstwę inscenizacyjną zagęściłem jednoczesnym odgrywaniem wielu wątków tekstowych, wypowiadanych w feerii paroksyzmów, każdy z osobna, zagłuszający inne. Przestrzeń sceniczna, inaczej niż klasycznym teatrze, z dwu przeciwległych stron prostokąta była zamknięta ścianami, dwie pozostałe były zamknięte widzami. Poszczególni widzowie nie byli w stanie ogarnąć całości, a o dbiór zależał od miejsca na widowni - epizody bliższe jednemu przesłaniały i zagłuszały te dalsze, bliższe z kolei innym. W zasadzie każdy z widzów - z zamysłu inscenizacyjnego - widział przedstawiane sytuacje sceniczne inaczej niż inny. To co dla jednego było istotą wydarzenia, dla drugiego było składnikiem tła. Aby utrudnić percepcję i śledzenie watków aktorzy nieustanie zmieniali sie miejscami i podejmowanymi partiami tekstu, w podporządkowanych chaosowi sekwencjach.
Jedynymi konstans przedstawienia był ideolog rewolucji, okupujący jedną ścianę, do której wygłaszał w koło powtarzany manifest i - pod drugą scianą - wielopostaciowy przywódca, podejmujący urywkami tekstu udział w takim lub innym epizodzie. Przeplot wątków zamierał na parę momentów - wyśpiewywania różnobarwnych karmanioli.
Przedstawienie dobiegało do końca chórem i tańcem rzeźników, którzy wyrżnąwszy ludzi starego świata w zgodnym zapale wyrżnęli się nawzajem, a pozostali przy życiu idelog i przywódca usiłują - inaczej niż u Krasińskiego, bo daremnie - tchnąć w martwe pobojowisko ducha Galilejczyka.
Robiąc to przedstawienie nie antycypowałem, że po kilkunastu latach będę uczestniczył w rewolucyjnej, co do skutków, przemianie ustrojowej mego kraju, a póżniej będę obserwatorem nowej sceny politycznej
Jak napisałem we wstępie, zajmowała mnie sytuacja etyczna, jaka następuje w wyniku przemiany porządku rzeczy. Myślałem, rzecz jasna, głównie o modelu rewolucji proletariackiej, której skutków doświadczałem, żyjąc w społeczeństwie rządzonym przez rzeźników tradycyjnych zasad. Nie myślałem o konkretach przyszłości, raczej o uchwyceniu prawidłowości w skutkach przemian.
Czemuż nie byłem fałszywym prorokiem - myślę dziś ze zdystansowanym uśmiechem. Czemuż gorzkim doświadczeniem minionego XXV-lecia jest próżnia etyczna, w którą zapadła się nowa klasa polityczna. Czemuż odnowie mego kraju patronuje prostacka mutacja makiawelizmu, zakładającą uchwycenie i utrzymanie władzy tylko dla jej sprawowania? Czemuż publiczności sceny politycznej podtykane są kalki myślowe, pasożytujące na historii i tradycji, a pchające w mrok ślepej nienawiści?
Klasa polityczna ustanowiła dla siebie protezę zasad etycznych, opierającą się na przepisach prawa, według której granicą dopuszczalnych zachowań są tzw. zarzuty prokuratorskie. Takie ustawienie sprawy powoduje, że polityk może być cynicznym, interesownym krętaczem, byle nie dał się złapać.
Ostatni kryzys rządowy zaistniał w kontekście wydarzeń, które w ogóle nie powinny zaistnieć, choćby nagrano miliony godzin prywatnych rozmów prowadzonych w obrębie klasy politycznej. Wystarczy, żeby politycy mieli "pod skórą" zasady etyczne przypisane roli, jaka spełniają w społeczeństwie. Cała bieda, że przez 25 lat chłystki udające elitę tworzą partie i ich mutacje, kreują jakieś programy i liderów, składają obietnice i zapowiedzi - w obłędnym, chocholim kontredansie pozorów. Wszystko to odbywa się przy uwzględnieniu jednego jedynego prawa moralnego - prawa Kalego.
Cała ta hałastra nie rozumie, że pewnych rzeczy po prostu się nie robi, będąc w służbie publicznej. Przy elementarnym poczuciu etyki niedopuszczalne jest, gdy premier rządu mówi o swoim ministrze, że ten dopuścił się rzeczy nagannych, ale - uff - nie złamał prawa, więc może pozostać na stanowisku.
Kompletną bzdurą jest, że zarejestrowanie i ujawnienie zachowań nieetycznych w elicie władzy uchodzi za zagrożeniem dla państwa i ma godzić w praworządność. Takie stanowisko zakłada, że państwo ma zapewenić ochronę ludziom łamiącym standardy etyczne, tylko dlatego, że sprawują władzę. Przecież mamy prawo oczekiwać, że osoba sprawująca władzę jest nieposzlakowana nie tylko w swoich uczynkach, ale przede wszystkich w swoim osobistym składzie zasad moralnych i etycznych, że po prostu wymagalny jest wobec niej PRAWY CHARAKTER. Skoro tak, to wykazanie - obojętnymi metodami - że osoba zaufania publicznego nie ma tej cechy nie godzi w państwo, przeciwnie, chroni państwo przed rozmaitymi nieczytelnymi indywiduami, pasożytującymi na państwie pod parasolem władzy.
Niedopuszczalne jest, gdy premier powiada, że podsłuchy jego ludzi mogą prowadzić do szantażu. Takie postawienie sprawy par excellence dowodzi, że premier dopuszcza sytuację, że ma w swoim gronie szubrawców, których nieczyste sprawki mogą być pretekstem do szantażu, a których należy chronić przed szantażem. Jakimi kryteriami oceny etyczności swoich współpracowników kierował się premier, skoro dopuszcza myśl, że mogą dokonywać czynów nieetycznych? Czy premier ma w tym przemiocie jakieś kryteria, czy w ogóle ma świadomość, że coś takiego może istnieć?
Ten brak poczucia etyki politycznej jest właściwością nie tylko ekipy rzadzącej, Politycy opozycji sporo plotą o tym kontekście ostatnich wydarzeń - i oto w takiej dyskusji poseł Girzyński zapowiada przejęcie przez jego partię władzy, przy czym zapowiada, że jeśli wyborcy nie zapewnią jego partii większości rządowej, to partia ta postara się ją osiągnąć nie przez koalicję, a przez skaptowanie posłów wybranych do innych ugrupowań. To właśnie tani,wypaczony makiawelizm, nie mający nic wspólnego z zasadami etycznymi leżącymi u podstaw demokracji, ale co tam.... ten, kto porzuca PiS jest zdrajcą bez zasad moralnych, ale taki sam zdrajca bez zasad moralnych , porzucający inną partię , jest godzien pochwały i specjalnych przywilejów - pod warunkiem, ze zasili PiS. Inny transfer będzie jednak rzeczą niegodną posła do Sejmu Rzeczpospolitej.
W jednym jestem głupcem. Biadolę nad łamaniem zasad etyki i moralności politycznej, gdy tymczasem sam piszę, że ich w Polsce po prostu nie ma, że obecna klasa polityczna nie podjęła trudu ich budowy czy reaktywowania z najlepszych wzorców danych przez historię i tradycję.
Głupota moja bierze się z przekonania, że prawy polityk wypiera w końcu szubrawca czy cwaniaczka i staje się prawdziwą elitą, czyli niekwestionowanym wzorcem. Głupotą jest, być może, przekonanie, że 25 lat to czas wystarczający, żeby wśród motłochu, który przejął władzę od innego motłochu, zaczeły się formować postawy prawości i odpowiedzialności za siebie samego i kształt pełnionej służby publicznej.
Chyba mogę jednak oczekiwać, że małe pandemonium z mojego teatrzyku nie ilustrowało sytuacji wiecznej, a nażarty przywilejami korpus politycznych darmozjadów dojdzie w końcu do zasady służebności i zyska świadomośc spoczywających na nim wymagań.



Komentarze
Pokaż komentarze