Bismarck miał stwierdzić, że zdarzenia w kuchni politycznej, tak jak sposoby wytwarzania parówek, mają być ukryte przed gremium społecznym. Myśl tę przytoczyło ostatnio paru komentatorów, broniąc praw polityków do działań zakulisowych. Podsłuchy miałyby godzić w to uprawnienie, a ujawnienie skrywanych treści byłoby wręcz karygodnym spiskiem przeciw władzy.
Hmmm, wypada zatem, przed przejściem do naszych polskich spraw przypomnieć koniec kariery Bismarcka. W 1890 roku Bismarck podjął zakulisowe rozmowy z centrystą Windthorstem. Celem było wypracowanie sposobu utrzymania dotychczasowych restrykcji politycznych, które traciły rację bytu wobec ostatnich decyzji wyborczych. Wilhelm II uznał te kuchenne knowania za nielojalność, co zakończyło karierę Żelaznego Kanclerza.
Podsumujmy więc przesłanie losu - działania skrywane przed suwerennym władcą są występkiem przeciw praktyce władzy. Przytoczmy kontekst współczesny - w Rzeczpospolitej XXI wieku władzę sprawuje suwerenny naród - i zmierzmy się z zaduchem dolatującym z naszej polskiej kuchni politycznej.
Knajpiane pogaduszki prominentów w krótkich spodenkach ujawniają stan ich ducha i umysłu. Byli i obecni członkowie rządu jawią się w nich jako sfrustrowane wyrostki, wyrażające wulgaryzmami swoją niemoc w mierzeniu się z problemami urzędowymi i osobistymi. Mało mnie obchodzi wyrażana przez premiera ocena tego lub owego ministra, skoro okazało się, że toczy ich poczucie bezsilności i bezsensu swojego powołania.
Mniej ważne jest to, o czym i jakimi słowami ten czy ów mówi. Istotą problemu jest wyłaniający się obraz ogólny - brak poczucia własnej wartości, brak możliwości artykułowania własnego zdania, narzekanie na brak wpływu na losy państwa, uległość wobec niejasnych mechanizmów decyzyjnych, kompleks marginalizacji... - na litośc boską, to jest stan ducha ministrów rządu Rzeczpospolitej, piszę o ludziach ze szczytów władzy, a nie o chłopaczkach z dolnych szczebli biznesowej korporacji !
Tymczasem Premier. niekwestionowany lider tego rozmemłanego towarzystwa frustratów, usiłuje mnie przekonać, że administruje jakimś sprawnym centrum władzy i realizuje tym samym jakąs tam rację stanu. Zapytam - co jest racją stanu dla pana Tuska? Utrzymanie w tajemnicy stanu własnego rzadu? W tajemnicy przed kim - przed samym sobą? Czy do tego pana nie dochodzi, jaką wytworzył sytuację - sam wokół siebie?
Premier powiada, że trzeba koniecznie ujawnić mechanizm, który ujawnił prawdziwy stan jego dworu. Być może - tylko po co? Co zyska Rzeczpospolita, gdy dowiemy się, czyja ręka uniosła kotarę kulis? Czy tym samym krótkie spodenki wyrostków zmienią się we frakowe spodnie mężów stanu?
Racja stanu Rzeczpospolitej - wg. Tuska - to nieprzerwane rządy Tuska. Premier zapomniał, że nie jest władzą absolutną, tylko najemnym administratorem władzy, powierzonej mu mechanizmami demokratycznymi przez naród. Tenże naród dowiedział się o prawdziwym stanie centrum administracyjnego. Ujawnienie tej prawdy jest przysługą wyrządzoną narodowi. Racją stanu Rzeczpospolitej jest demokratyczny prymat suwerennego narodu, narodu objaśnionego co do wszystkich aspektów polityki i praktyki urzędowej wyłonionych administratorówa, a nie przelotne dla historii rządy jakiegoś Iksińskiegi, Ygrekowicza czy Zeta.
Znamienne - Tusk myli ujawnienie prawdy z manipulacją. Być może temu królowi medialnych pozorów te dwie rzeczy się mylą, albo zatarły mu się różnice między jednym a drugim. Gdyby nagrania były fałszerstwem - o - wtedy można angażować wszystkie służby państwa do tropienia sprawcy manipulacji świadomością społeczną i mówić o spisku przeciw racji stanu. Jest jednak inaczej - "racja stanu" Tuska sama się obnażała w odruchach frustracji. Chwała temu, kto stan rzeczy ujawnił.
Doskonale wyobrażam sobie kwitnącą i rozwijającą się Polskę - bez Donalda Tuska i jego wyrostków na czele. Ta grupa nie jest warunkiem ani koniecznym, ani wystarczającym (jak sie okazało) dla pomyślności mojej ojczyzny. Ta grupa funkcjonuje dla pomyślności własnej. Jakże inaczej interpretować wypowiedzi jej czołowych eksponentów - jest żle, a nawet gorzej, nie mamy nic do gadania, ale tkwimy w tym, k...., miernie lecz wiernie. Wulgaryzm wyraża nic innegi, jak niemoc. Wewnętrzna niemoc ekipy rządowej. Amen.
W tym wszystkim objawia się systemowa patologia dzisiejszej władzy - brak należytej relacji między grupą sprawującą władzę a suwerennym narodem. Naród - a może tylko jego głosująca część - pokornie akceptuje wszystko, co płynie z partyjnych centrów, przekonywany, że reguły demokratyczne ograniczają się we wskazaniu kaszanki przeciw pasztetówce lub odwrotnie.
Centra partyjne, wyłaniające administratorów państwa, publikują hasła zapewniające sukces wyborczy, uważając, że uzyskany w ten mandat daje immunitet na nieodpowiedzialność, obłudę i machlojowate mechanizmy sprawowania władzy. W ten sposób naród płaci cenę niepewności za skutki własnych wyborów, a partie zyskują obszary manipulacji świadomością powszechną. Kreują nieomylnych wodzów - ba - władców mniemanych misji dziejowych, zbawiających maluczkich. Mamy się poddawć ich woli, a nie patrzeć na im łapy, jak gmerają przy naszym państwie
Jesteśmy dla rządu tym, kim dla Bismarcka był jego monarcha, chociaż nie mamy świadomości tej relacji. Wilhelm II doprowadził do dymisji Bismarcka, gdy ten usiłował wymanewrować suwerenną władzę, ukrywając kuchnię władzy. Cesarz nazwał to nielojalnością. Wybierani przez nas politycy są nam winni transparentność i lojalność, bo pracują dla nas. Muszą mieć świadomość, że sami sobą nie tworza racji stanu, bo ta jest szerszą rzeczywistością - oni są w niej elementem wymiennym, z zasady i dla bezpieczeństwa państwa właśnie.



Komentarze
Pokaż komentarze