Będzie - a jakże - o braniu w pysk, Kowinie-Mikkem i plamieniu honoru. Zdarzenie - samo w sobie dość plebejskie - nabrało przedziwnych konotacji, bo jeden z adwersarzy zasłonił się słowem z katalogu tych najwyższych. Trzeba kontekstu.
Łowcy komentarzy do zdarzeń medialnych nie muszą przechodzić katuszy czytania całego tekstu. W trzeciej części mamy powtórzenie tytułu i wejście w brud nasz powszedni.
I
Mój dziadek nosił w sobie historię żywą. Byłem chłopcem. Mieliśmy swój rytuał - gdy go odwiedzałem, to zabieraliśmy się na nieśpieszny spacer. Zdawałem mu wówczas sprawę ze swoich ostatnich lektur, więc różnych Trylogii, Kraszewskich czy Gąsiorowskich, a dziadek komentował moje wrażenia, wdzierał się w dzieje naszego kraju przez parantele i paralele, jakoś tak poufale mówił o bohaterach z moich książek, że nagle stawali się bliscy jak wujowie czy sąsiedztwo, odrywali się od papierowych stronic i wypełniali nieomal żywi szkielet chronologii.
Ciało historii wypełniało się.
Mówił też o rzeczach. Z lekkim pobłażaniem dla wagi i wartości przedmiotów wyjawiał losy różnych cacek z zakamarków swojej sekretery, z szuflad i zza drzwi komody, wreszcie ze ścian, sieni i strychu. To owoce zręczności ludzkich rąk- powiadał jakby z lekceważeniem - które żyją, bośmy je polubili i zadbali o nie. Przywiązujemy je do siebie a one odwdzięczają się, na wieki gromadząc w sobie dotyk naszych rąk i oczu. Nie przynoszą nam bólu, bo nie umierają jak konie i psy...
- są jeszce inne rzeczy, o wiele cenniejsze, których nigdy nie zobaczysz i nie dotkniesz, wiesz gdzię są schowane?- Dziadek zawieszał głos w pytaniu, a ja gorliwie potakiwałem głową, bo właśnie dopełniała się magiczna chwila - jego wyciągnięty palec uderzał w moją pierś, a z naszych ust padało równocześnie słowo - tutaj !
Skarbiec się otwierał i napełniał.
II
Minęły lata. Dziadek posunął się mocno, więc w czasie moich - coraz rzadszych - odwiedzin spacery zastąpiła weranda. Najlepsze słowa przychodzą do nas z otwartych przestrzeni.
Dziadek był ciekaw relacji ze zdarzeń mego życia, wołał sluchać niż mówić, szło mu to już z pewnym trudem. Dla mnie wciaż był mentorem. więc z radością i uwagą przyjmowałem jego skąpe, mocno sardoniczne osądy moich płochych zabaw, bitelsowskich zachowań i postępów na uniwersytecie. Do mojej nauki odnosił się zresztą z lekceważeniem - wszak nie władałem płynnie łaciną i greką, więc byłem dla niego bardziej kuglarzem niz studentem.
Mimo mego orbitowania w odległych dla niego przestrzeniach i jego nieuchronnego zasklepiania się do wnętrza, łaczyło nas prawie metafizyczne porozumienie wokół pojęć kardynalnych. Brudna rzeczywistość przełomu lat 60/70-tych nie wadziła nam - on jej nie postrzegał, ja sobie radziłem ze swobodą outsidera. Trwaliśmy razem w więzi, którą niektórzy nazywają tradycją. Zdarzały się długie chwile pełnego zrozumienia - padało jedno zdanie, celebrowane póżniej długim milczeniem. W niezmiennej perspektywie krajobrazu nasze myśli przeplatały się w wiecznym umieraniu i odradzaniu. Przyszedł czas, że krzesło dziadka opustoszało, a poza tym wszysto zostało po staremu.
III
Rozmawialiśmy kiedyś o pojedynkach. Dziś sam wchodzę w starość i niejedno mi ulatuje, więc nie powtórzę przebiegu tamtej rozmowy, sens jest gdzieś w skarbcu. Piszę stukając w klawiaturę, wieczne pióra leżą poukładane w szufladzie - najlepsze słowa przychodzą z otwartych przestrzeni - a ja wgapiam się w martwe lierki druku wyskakujące na monitor.
W połowie dnia dobiegły do mnie słowa ze świata - jeden polityk trzasnął drugiego w pysk na rządowych pokojach. Padło słowo honor. Omal nie przywołano sekundantów. Cóż się dzieje, czas się obrócił, czy znowu ktoś pajacuje w tandetnych imitacjach?
Lajf is brutal end ful of zasadzkas.
Korwin w czasie publicznego spotkania uderzył w twarz Boniego. Cóż mnie to obchodzi? Jestem najgorszego zdania o dzisiejszych politykach, więc maniery wg, wzorca Żyrinowskiego przyjmuję ze wzruszeniem ramion, niechże hałastra zabawia się podług własnych reguł.
Stało się jednak coś dziwnego. Korwin uznał swój czyn za honorowy i zasugerował, aby traktować go kategoriami historycznego etosu obywatelskiego - pewnie jakoś tam pojętej tradycji szlacheckiej.
Wg. Korwina Boni obraził go grubymi słowami i nie przeprosił, więc słusznie pobrał w pysk. Skoro tamten pobrał, to może przysłać Korwinowi sekundantów, a ten się zastanowi, czy ich przyjmie.
Gówno prawda, mociumpanie - że użyję dysfemizmu - nie tak każe tradycja. Obrażony, a jak sam o sobie powiedział paradnie "zdehonorowany" (???), Mikke musiałby najpierw sam wysłać posłańca (sekundanta) do obrażającego - z żądaniem satysfakcji, jeśli chciał rozstrzygnięcia poza trybunałem, w drodze konfrontacji bezpośredniej, cielesnej. Samo domaganie się przeprosin i ich brak nie usprawiedliwia podniesionej ręki - wpierw musi być wyzwanie na ubitą ziemię.
Gdyby obrażający Boni nie podjąłby wyzwania i nie stanął do pojedynku, wówczas wystarczy rozgłoszenie tego i Boni traciłby honor - tak to było dawniej. Oczywiście były jeszcze trybunały, bo stanięcie na ubitą ziemię nie było musem - choć odmowa przynosiła uszczerbek na imieniu.
Był w etosie szlacheckim prostszy sposób - jeśli panowie się spotkali przypadkiem pod czyimś dachem, na dworze, a nawet w karczmie, to obrażony mógł osobiście wezwać obrażającego do konfrontacji w pojedynku - ale zawsze na zewnątrz. Jakiekolwiek użycie siły pod dachem było naruszeniem miru przybytku, a więc zdeptaniem etosu. Pyskować wolno było do woli - ale już podniesienie ręki mogło się zakończyć bigosowaniem - czyli stosownie do sytuacji, Korwin mógłby, po spoliczkowaniu Boniego, zostać posiekany na miejscu na plasterki przez kompanów Boniego i byłaby to stosowna kara za naruszednie miru miejsca.
Oczywiście w kabarecie, operetce, wśród plebsu i klaunów można dowolnie modyfikować czy rozumieć tradycję, ale wtedy się na nią nie powołuje, tylko układa czyny według własnego widzimisię - tyle tylko, że wtedy honor też staje się widzimisię, a nie uznaną wartością publiczną.
Nie pisałbym wcale o tym zdarzeniu, ale mam czasem dosyć różnych pajaców, zajmujących się - znowu dysfemizm - bezmyślnym piepszeniem o polskiej tradycji i wielkich pojęciach składających się na nią, a w istocie zachowujących się jak wyrzutki z tej tradycji.
O samym zaś honorze - rzeczy samej w sobie - jak go znajdował i przekazał mi mój dziadek, być może kiedyś napiszę, ale nie w kontekscie zdarzenia, którego miernym aktorem był JKM. Jedno z drugim nijak się ma do siebie.



Komentarze
Pokaż komentarze (13)