Tusk nie będzie przedstawicielem Polski w zarządzanym przez siebie organie unijnym. Tym przedstawicielem będzie jego następca na urzędzie premiera RP. Oczekiwanie, że Tusk będzie coś "załatwiał" zgodnie z "interesem Polski" jest zwyczajną głupotą, albo nadużywaniem wymagań wobec nowego statusu tego polityka.
Rozważmy model - któryś z wojewodów obejmuje stanowisko ministra administracji. Czy urzędnicy i mieszkańcy jego województwa mają oczekiwać z tego powodu jakiś preferencji? Przecież może być inaczej - dawny ziomek ma na nowym stanowisku służyć dobru wspólnemu, wszystkim województwom jako całości. Podchodząc do nowego zadania rzetelnie, przychodzący minister będzie patrzył na swój region jak na jeden z 16 - może przy tym zauważyć, że jego matecznik był ustawiony względem pozostałych nieprawidłowo - o czym nie miał pojęcia, patrząc wcześniej wybiórczo - tylko na swoje.
Jest oczywiste, że dobry minister będzie pracował w myśl idei harmonizacji, a nie lokalnego partykularyzmu, co może pozbawić jego dawny region jakiś bonusów, lub postawić wobec większych wymagań, niż to było za jego wojewodowania.
Przedstawiony model jest o tyle niedoskonały, że to nie wojewodowie wybierają sobie ministra administracji. Wyłożony został dla pokazania, jak wraz ze zmianą usytuowania politycznego zmienia się zakres zobowiązań polityka wobec jego dotychczasowego środowiska.
To nie Polacy wybrali Tuska na jego nowe stanowisko, nie został on tam też zarekomendowany przez jakikolwiek organ naszego państwa, partię lub grupę społeczną - więc brutalnie rzecz biorąc nie ma wobec nas zobowiązań.
Nowe stanowisko powierzyli Tuskowi jego koledzy - premierzy i prezydenci państw UE i to dla nich teraz będzie pracował. Jedynym Polakiem, który miał w tej sprawie coś do powiedzenia, jest sam Tusk. Nikt inny.
Radę, której Tusk będzie przewodniczył, tworzą głowy państw - członków UE. Przedmiotem jej pracy jest materia unijna, a zadaniem wypracowywanie stanowiska wobec problemów Unii rozumianej jako zintegrowana całość. Istotą jej pracy jest kompromis, czyli "obcinanie" partykularyzmów poszczególnych państw w imię stanowiska wspólnego.
Głównym partnerem zewnętrznym Tuska w jego nowej pracy będzie administracja unijna. To właśnie ona będzie przedstawiała Tuskowi problemy wychodzące poza jej obszar decyzyjny, a także te problemy z ustaleniami, których nie jest w stanie podjąć parlament europejski.
Tusk ma to zbierać i przedstawiać swojej Radzie z punktu widzenia Unii, a nie Donka z Kaszub, byłego premiera RP. Istotną sprawą jest warsztat polityczny tego stanowiska - jeszcze nie wyklarowany zwyczajowo. Tusk dał się poznać kolegom z Rady jako polityk zręczny i elastyczny - aż do posądzenia o brak wyrazistych poglądów własnych. To akurat na tym stanowisku jest ogromną zaletą. Tam po prostu trzeba trochę cynicznego lawiranta z wyczuciem koniunktury. Jedynym bezwzględnym wymogiem, kagańcem, obrożą i smyczą, którą będzie sam musiał trzymać w swoich rękach, jest interes Unii jako całości.
Nie wiadomo na jak długo Tusk żegna się z Polską. Minimum jego urzędowania to 30 miesięcy, jako maksimum można przyjąć 5 - 6 lat. Tusk ma dziś 57 lat - po uływie pierwszej kadencji będzie miał 60, po urzędowaniu maksymalnym 63. Trudno przyjąć - szczególnie w tym drugim przypadku - żeby chciałoby mu się jeszcze bawić w premierowanie. Predzej - aby dopełnić kolekcji politycznych splendorów swego życia - sięgnąłby po jedną kadencję prezydentury (Komorowski akurat zakończy II kadencję). Mając 68 lat poszedłby sobie na emeryturę mówiąć - osiągnąłem w życiu wszystko co było do osiągnięcia.
Kurcze, chciałbym mieć taką jasną i całkiem realną perspektywę na dekadę życia wieńcząca okres aktywności publicznego.
Aby się spełniło Tusk nie musi wiele zrobić - dłuższą posadę unijną dostanie, gdy wykaże się osobistą ofiarnością - podszlifuje języki obce. Zyska tym wiele uznania (i podziwu) w swoim nowym środowisku zawodowym. (Moja córka prowadzi firmę z nauką angielskiego dla zaawansowanych wiekowo ludzi z biznesu i administracji - twierdzi, że osoba 50+ , mająca świadomość mowy ojczystej i znajomość innego języka nie jest trudnym obiektem dydaktycznym, więc Tusk da radę).
Etap drugi - prezydentura - wymaga podtrzymywania swojej obecności choćby w kuluarach polityki krajowej i utrzymania przez Platformę pozycji politycznej co najmnie na poziomie głównej partii opozycyjnej. Tu jednak czycha kłopot mentalny - potrzeba pogmerania przy sukcesji.
Tusk przystrzygł PO pod potrzeby własnej pozycji wodzowskiej. Kamarylę ma lichą, a samą ekipę rządową mocno skompromitowaną. Wierna i wpatrzona w wodza pomocnica główna nazwiskiem Kopacz to tylko średnio udolny wykonawca poleceń bezpośrednich, bez autorytetu partyjnego i powszechnego. Ma - dla mnie przynajmniej - jedną wae zasadniczą, jawną i dyskretną jednocześnie. Trudno - jest osobą publiczną, więc jest wystawiona na takie oceny - moim zdaniem Pani Marszałek dysponuje urodą, hmmm, kontrowersyjną - że tak powiem asztonowską. Już dziś odczuwam dyskomfort jak ją widzę w telewizorze, a gdyby miała reprezentować Polskę jako premier? Brrr. Niby Merkel też nie jest ponętną babką, ale ma rozum, a poza tym, przecież to Niemka, więc co mnie tam...
(Jednak ta kandydatura na schedę po Tusku może być elementem skrytego europejskiego dealu - lady Ashton odchodzi z Brukseli i Unii zależy na kimś, kto podtrzyma ten kanon estetyczno-intelektualny. I tu przyłączam się do eurosceptyków - Tusk poszedł na pasku Merkel, bo ta musi mieć w gronie unijnej czeredy osobę, na tle której błyśnie urodą).
Żarty żartami, ale zbraknie Tuska i jest pustka. Jest co prawda Komorowski-prezydent, ale ten czekoladowy orzeł polityczny wchodzi w fazę dobrotliwego dziadka, bawiącego się z wnukiem ołowianymi żołnierzykami. Jedyną pasją tego quasi-militarysty jest wola oglądania w Polsce żołnierzyków obcych armii, którzy mają osłaniać przed wrogiem dzielne i bohaterskie Wojsko Polskie, któremu dobry Pan Bronek chce rozdawać nominacje generalskie, blaszane ordery i robiące dużo huku defiladowe armatki.
W czerwcowych notkach sugerowałem, że Komorowski destabilizuje rząd Tuska (afera podsłuchowa). Być może Komorowski chciał tym samym przefosować swoje zaślepienie Ameryką jako jedyną polską linię polityczną, nie wiem... w każdym razie ja widziałem odejście Tuska i jego ekipy jako szansę Platformy na samooczyszczenie i nowe otwarcie.
Moim zdaniem najlepszym co mógłby dziś Tusk zrobić dla Polski, to odwalić się się od wskazywania następcy i chronienia układu ze swoją kamarylą jako siły przewodniej Platformy. Zyskałby sporo jako bezstronny patron nowego otwarcia w swojej partii - i jego partia też by na tym zyskała. Widzę to tak oczyma niepoprawnego idealisty, który pragnie żeby polityka była ciągiem nowych otwarć i prób odnowy służby publicznej - a nie ciągiem sporów o przeszeregowanie przy korycie.
Panie Tusk - poustawiał Pan ludzi pod siebie i dał im za to żreć. Niemało z nich się przy tym zdeprawowało. Rozpuść więc Pan to stado na swoje odejście - uwierz Pan, że poprawny następca się znajdzie. Widać po Panu, że ma Pan niskie zdanie o swoim zapleczu politycznym i całej partii - ale o tym sza, zmień Pan optyke widzenia. Niech Pan ogłosi ich mądrośc i da im wolną ręke, swoich podręcznych pajaców wyrzucając na śmietnik. Bądź Pan czasem bezwzględny nie tylko w walce o swoją karierę - przekaż Pan całą władzę innym bez żadnych wytycznych, bo to przecież szansa dla Pana partii i dla Polski.
Dziś jest akurat tak, że jest to możliwe i nic Pa na tym nie straci. Tak naprawdę guzik mnie Pan obchodzi - ale na pożegnanie przed długą podróżą możemy pomyśleć o tym samym - o naszym kraju i jego przyszłości. W Brukseli nie będzie miał Pan przecież możliwości zrobienia dla nas czegokolwiek ...



Komentarze
Pokaż komentarze (1)