Narracja jest taka - PiS wygrywa wybory i Kaczyński jedzie do Belweru, aby Komorowski powierzył mu misję sformowania Rządu. Komorowski na to:
~ przyjdź pan za 2 tygodnie, ja się zastanowię. Wybór osoby , której powierzę te misję , należy zgodnie z konstytucją do mnie. Już z góry mogę powiedzieć, że bardziej niż pana, panie Przewodniczący, widzę na tym stanowisku Józia Wałka, członka pańskiej partii, którego poznałem osobiście i jestem przekonany, że to idealny kandydat na szefa rządu.
Bezmyślne wsparcie, jakiego etatowi medialni gadacze Pis-u udzielają Komorowskiemu w jego przepychankach wokół kandydatury PO na premiera, może zaowaocować taką interpretacją konstytucji po następnych wyborach, jeżeli wygra je PiS.
Nic, w co miesza się Prezydent RP na podstawie interpretacji konstytucji nie jest sprawą incydentalną, dotyczącą chwilowej sytuacji w PO, tylko PRECEDENSEM, na który Komorowski może się powołać za rok. Powie wtedy PiS-owi:
~ gdy było już wiadomo, że Tusk złoży dymisję, PO przedstawiła publicznie swoją kandydaturę na osobę, która ma sformować nowy rząd. Gdy ogłosiłem, że ta kandydatura nie jest wiążąca dla Prezydenta, nie protestowaliście co do zasady konstytucyjnej, więc teraz proszę się zastosować do mojej interpretacji.
Rzecz jest w tym, że na naszych oczach dzieje się frymaczenie zasadą, że to partie wyłaniają samodzielnie swoich kandydatów,których przedstawiają prezydentówi, a Belwederowi nic do tego, kogo dana partia przedstawi. Prezydent może zbadać, czy dana osoba będzie dysponować wystarczającym wsparciem parlamentarnym - i po to dla akceptacji lub odrzucenia kandydatury prowadzi konsultacje z liderami partii parlamentarnych.
Jeżeli dwie różne partie mogą zawiązać większość rządową, Prezydent bada możliwości koalicyjne i dopiero WTEDY MA MOŻLIWOŚĆ WYBORU między dwoma kandydatami, wskazanymi przez te partie. Teoretycznie może mieć miejsce. że aż trzy partie zgłoszą swoich kandydatów na osobę mającą sformować rząd. Wtedy prezydent będzie wybierał spośród 3 przedstawionych mu kandydatów. Gdyby jednak Prezydent chciał kwestionować przedstawione mu kandydatury według własnej oceny, czy mogą reprezentować jakąś partię, to przekracza swoje uprawnienia i dokonuje zamachu stanu.
Prezydent drogą uślizgów dąży do sytuacji, która zapewnia mu wpływ na kandydatury partyjne; tymczasem proces wyłaniania tych kandydatur i moment ich ogłoszenia jest sprawą partii politycznych, a nie Urzędu Prezydenta.
Dzisiaj się to wszystko rozgrywa w mętnej wodzie precedensu - ale właśnie takiej sytuacji trzeba się przyglądać uważnie i badać jej konsekwencje dla ustroju Państwa, a nie rechotać z zadowolenia, że po przeciwnej stronie się żrą.



Komentarze
Pokaż komentarze (9)