Dzielni chłopcy z kontrwywiadu wojskowego złapali jednego wrednego szpiega, więc równie dzielni agenci ABW w pół godziny chapnęli drugiego. Chwilę póżniej podwójnie dzielne Państwo Polskie otrąbiło te sukcesy - od bieguna do bieguna i wokół równika, słowem - na całą kulę ziemską. Po futbolowym zwycięstwie 2:0 nad Niemcami odnieślimy analogiczny liczbowo sukces z Rosją - w wojnie wywiadów.
Niepodważalny triumf polskich antyszpiegów znalazł się w ogniu krytyki malkontentów z parti opozycyjnych - że to agentów trza było obserwować i uchwycić siatkę ich współpracowników, to znowu przewerbować do współpracy i zadusić wroga ogromem fałszywych informacji. Rozmaici gadacze medialni wszystkich partii prześcigali się w różnych alternatywnych scenariuszach, czym dowiedli, że naczytali się powieści szpiegowskich aż nadto.
Tymczasem politycy tzw. koalicji, czyli sitwy zarządzającej obecnie naszym państwem dali do zrozumienia, że złapanie szpiegów to sukces, a jego rozgłoszenie ma być silnym ostrzeżeniem dla ich mocodawców - coś w rodzaju "złapaliśmy dwóch, więc się bójcie, bo złapiemy trzeciego".
Zastanawiam się, czy o złapaniu szpiega musimy informować jego centralę za pomocą prasy, telewizji i internetu, bo tylko w tym trybie postraszymy skutecznie. Chyba że w GRU czy SWR siedzą idioci, który o zamilknięciu swego agenta w Polsce mogą dowiedzieć się wyłącznie z naszych mediów. Inaczej pewnie by się nie pokapowali, głupki jedne, że nasz kontrwywiad i ABW wzięli się za rosyjskich szpiegów, a nawet ich złapali.
Czyżby rozgłoszenie "afery szpiegowskiej" miało zatem na celu pomóc Rosjanom w poznaniu sytuacji ich agentów i wywołać w Moskwie trwogę? Trudno o większy idiotyzm. Myślę, że większy popłoch wywołałoby zamilknięcie trzonu agentury w Polsce i jej ukryty los. Wtedy w GRU czy SWR istotnie ogłoszono by czerwony alarm - "trza się bać, Polacy dobierają się nam do skóry i diabeł wie jak daleko są zawansowani w rozpracowaniu naszej siatki". Sądzę, że nasi kontrwywiadowcy mają świadomość, że obce centrale monitorują ruchy swoich agentów inaczej niż przez czytanie polskich gazet i rozgłoszenie o aresztowaniu szpiegów wcale nie było skierowane do Moskwy.
Być może chcieliśmy zaalarmować cały świat, że rosyjski wywiad penetruje Polskę? Tylko co to kogo na tym bożym świecie obchodzi? Wiadomo przecież, że szpiedzy byli, są i będą. Sensacją byłoby, że rosyjskich szpiegów w Polsce nie było, nie ma i nie będzie. Może chcieliśmy dowieść naszych mocy mocy obronnych przed rosyjską penetracją? Dziecinada - bo komu? Niemcowi przy piwie lub Czechowi przy knedlach? A może amerykańskiemu zjadaczowi hamburgerów? Sojuszników o rezultatach działań kontrwywiadowczych informuje się przez oficerów kontaktówych ich wywiadów, a władze państwowe dowiadują się o tym w syntetycznych raportach. Władca innego państwa - przyjaciel czy wróg - nie dowiaduje się o istotnych zdarzeniach w Polsce z czytanej przy śniadaniu gazety !
Adresatem wiadomości o "aferze szpiegowskie" jesteśmy wyłącznie my - Polacy! Nasz umysł ma być zajęty rozważaniami o tym, jak z rosyjskim szpiegiem mogłibyśmy postąpić - i tutaj klasa polityczna bez względu na opcje nawija nam makaron na uszy, na poziomie Toma Clancy czy innego Suworowa. Nic konkretnego nie wiadomo, panowie gadacze prześcigają się po obszarach fikcji, ale po odcedzeniu formułują wspólnie i gromko jeden przekaz - Polska jest ZAGROŻONA ! Bój się, Polaku, bo Moskal pod bramami, a jego agent czycha za każdym rogiem! I W to to mamy uwierzyć ! Rozważać możemy teoretyczne meandry szpiegowskich gier, ale WIERZYĆ mamy w nieustanne, ba, wzrastające moskiewskie zagrożenie !
To larum jest konieczne, bo powoli, mimo propagandowej młocki, zaczynamy przychodzić po rozum do głowy w sprawie konfliktu ukraińskiego i zaczynamy oswajać się z racjami obu stron. Antyrosyjski amok zmienia się powoli w zwyczajny krytycyzm, a fobie i emocje słabną.
Nasi politycy potrzebują podtykać nam pod nos wroga, bo tylko jako obrońcy przed nim mają jakąś rację bytu. Swoje szanse zjednania nas wokół rozwiązywania istotnych problemów stracili w nieustatnnych przepychankach nad niższością jednych wobec drugich i w przekonywaniach o swojej wzajemnej szkodliwości dla Polski.
Muszą więc nam przedstawić kogoś bardziej dla nas szkodliwego niż oni sami. Kogoś, kto grozi nam bardziej niż PO i PiS razem lub z osobna, ewentualnie z przystawkami. No i okazja się trafiła. Mamy Rosję i Putina. Każdy, kto scedptycznie ocenia wizję rosyjskiego zagrożenia, a dobiera się do tyłka naszym politykierom i piętnuje ich chore gry to zdrajca.
Łatwe i proste. Służby potężne i tajne ujawniły niszczącą nasz kraj agenturę, więc prawy Polak musi znienawidzieć Moskwę i pokochać walczących z nią ukraińskich nacjonalistów. Medialne rozgłoszenie "afery szpiegowskiej" jest wspieraniem banderowskiej agentury, którą podjęła się zwalczania nienawiścią - nie argumentami - zobiektywizowanych lub prorosyjskich poglądów na polskich portalach internetowych.
Oto władcy mojego kraju dają obcym narzędzie do spotwarzania Polaków przez wyzywanie nas od ruskich agentów lub najemników. Niezależnie myślący Polak musi się liczyć z - prowokowanymi przez naszych polityków - ukraińskimi obelgami i pogróżkami. Ta próba kneblowania polskich ust obcymi rękami jest jedną z najbardziej haniebnych manipulacji polskiej klasy politycznej wobec swego narodu - w ostatnim dwudziestopięcioleciu (rzekomej) wolności.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)