Dyskusja o JOW-ach ujawnia chaos pojęciowy wokół zasad ordynacji wyborczych, jaki panuje w świadomości powszechnej wyborców, wśród zawodowych komentatorów i co gorsza – wśród elity politycznej. Opublikowana dziś notka Jurasza jest tego najlepszym dowodem. Za podstawę swoich rozważań Jurasz przyjął wyniki ostatnich wyborów do senatu – przy czym stwierdził, że te odbywały się w JOW-ach, co jest zwyczajnie nieprawdą.
Pomieszanie z poplątaniem wynika z niezrozumienia różnic między ordynacją większościową, a proporcjonalną. Senat wybierano w 40 okręgach wielomandatowych (dwa, trzy lub cztery mandaty w każdym okręgu) przy zastosowaniu ordynacji większościowej, Sejm zaś wybierano w 41 okręgach wielomandatowych (od siedmiu do dwudziestu mandatów w okręgu) , przy zastosowaniu proporcjonalnej metody wyliczania wyników. Komitety wyborcze głównych partii zgłaszają zwykle listę kandydatów , równą liczbie mandatów do zdobycia w danym okręgu.
Pokażę mocno zarysowane zasady, bez wgłębiania się w subtelności, bo nie czas ani miejsce na szczególiki. Uporządkujmy podstawy.
I. Większościowe wybory do Senatu, w okręgach wielomandatowych
I tak – każdy Komitet Wyborczy (-powołany z inicjatywy grupy „zwyczajnych” wyborców -lub powołany przez partię polityczną -lub powołany przez koalicję partii) może zgłosić w każdym okręgu tylu kandydatów, ile mandatów przypada na każdy okręg. W wyborach do Senatu liczymy głosy na poszczególnych kandydatów. Tych dwu (trzech, czterech), którzy uzyskali największą liczbę głosów wchodzi do Senatu – koniec pieśni.
Przykładowo - w senackim okręgu trój-mandatowym może być tak, że kandydat (powiedzmy) PO otrzyma 100 tys. głosów, kolejny (powiedzmy z PiS-u) 30 tys., następny(PiS) 20 tys., następny (PO) 15 tys, zaś pozostali po 10 tys. Według ordynacji większościowej mandaty otrzymają ten z PO (100 tys) , ten z PiS (30 tys) i następny z PiS (20 tys).
Gdyby zastosowano metodę proporcjonalną (stosowaną w wyborach do sejmu), to mandaty podzielono by inaczej – PO otrzymałaby 2 mandaty a PiS jeden. Dlaczego? Na listę kandydatów PO oddano 125 tys. głosów (100+15+ 10) na PiS 60 tys (30+20+10), skoro więc kandydaci PO otrzymali dwa razy więcej głosów niż kandydaci PiS, to należy się im 2 razy więcej mandatów z okręgu.
Ten elementarny przykład ilustruje – co do zasady – różnicę między ordynacją większościową a proporcjonalną. W wyborach proporcjonalnych (na listę) mandat może otrzymać kandydat, który znalazł mniejsze poparcie u wyborców niż jego konkurent. W rzeczywistości wyliczenia są bardziej złożone, ale o tym potem. W każdym razie – JOW-y są jedną z wersji ordynacji większościowej, gdzie głos wyborcy jest przypisany tylko konkretnemu kandydatowi, a nie całej ich partyjnej grupie.
W tym sensie wybory do Senatu przypominają wybory w JOW-ach, jednak takimi nie są.
Różnica jest w ryzyku porażki. W okręgu jednomandatowym rozgrywka między partiami nie może się skończyć remisem, jak bywało w wielu parzysto-mandatowych okręgach do senatu, lub minimalną porażką, jak w okręgach trój-mandatowych, gdy nastąpił rozkład 2:1. Okręgi trój-mandatowe dają bezpieczeństwo otrzymania mandatu przez jedną i drugą partię główną – nawet gdyby do gry wszedł „czarny koń”, bo i tak najbardziej prawdopodobny jest rozkład 1:1:1. W ten sposób – nawet przy zastosowaniu ordynacji większościowej główne partie ratują fotele pod swoje dupy. Gdy wygrywa „czarny koń”, to i tak przynajmniej jeden z dotychczasowego establishmentu ma szansę na załapanie się na drugi mandat z okręgu. W JOW-ach przepadają wszyscy poza zwycięzcą.
Fotel senatora nie cieszy się w Polsce wielkim prestiżem a wybory do Senatu odbywają się w cieniu zmagań o zwycięstwo w Sejmie - niemniej jednak jest to setka posad nie do zlekceważenia.
40-45 mandatów dla każdej z głównych partii to z jednej strony gra o prestiż, także możliwość uzupełnienia wizerunku partii o znane twarze, wreszcie tratwa ratunkowa „odstawionych” działaczy. Mimo marginalnego znaczenia tej izby, elity zadbały, by zasadniczy trzon kandydatów się załapał (w rozgrywkach o umówionym remisie) – jak nie z pierwszego, to z kolejnego miejsca. Dlatego mamy do senatu wybory z okręgów wielomandatowych, choć większościowe. Wybory, w okręgach obejmujących elektorat liczący do miliona 200 tysięcy wyborców i tak zdominują zwolennicy dwubiegunowego okładania się po pyskach, nie patrzący na twarze, tylko barwy partyjne. Im mniejsza społeczność, tym łatwiej o przebicie się z rozwiązaniami alternatywnymi, więc w wyborach trzeba operować wielkimi zbiorowościami, aby zapobiec siurpryzom.
II. Wybory proporcjonalne do Sejmu, w okręgach wielomandatowych.
W tej ciekawostce mamy do czynienia z reprezentacją kandydatów na poziomie krajowym, a więc z sytuacją, w której nawet najsilniejszy, niezależny kandydat społeczności lokalnej nie ma realnych szans na zdobycie mandatu. Wiąże się to z tym, że kandydat, którego Komitet Wyborczy nie zgromadził na swoich listach 5% głosów w skali kraju, odpada z podziału mandatów w swoim okręgu, a oddane na niego głosy zasilają pulę głosów jego konkurentów z okręgu wyborczego, powiększając rachunkowo liczbę ich głosów..
Do sejmu mamy 41 okręgów, z najmniejszego wyłaniamy 7 posłów, z największego 20 (ordynacja do wyborów z 2011). Oznacza to, że jeden okręg gromadzi od niespełna pół - do prawie półtora miliona wyborców. Statystycznie średni okręg to 715 tys. wyborców i 11 mandatów od objęcia. Załóżmy, że niezależny kandydat z takiego okręgu zdobywa w nim 99% głosów przy 100% frekwencji, czyli 708 tysięcy, a wszyscy pozostali łącznie 7 tys. Szanowni Państwo – jeżeli krajowa frekwencja w wyborach wyniosła 50%, to głosowało 15 mln, z czego 5% to 750 tysięcy głosów.
W tym stanie rzeczy taki kandydat nie zdobywa mandatu, bo na listy jego Komitetu (był tylko w tym okręgu) nie padło magiczne 5% w skali kraju. Nie dość tego – 11 mandatów z tego okręgu zostanie rozdzielone na kandydatów z tych list, które zdobyły pozostałe 7 tys głosów w okręgu. W ten sposób 99% obywateli okręgu nie będzie miało swego przedstawiciela w sejmie, a 1% będzie miał tych przedstawicieli jedenastu!
Opisana sytuacja jest hipotetyczna i skrajna, ale ma zilustrować mechanizm dominacji partyjnych list wyborczych nad osobą konkretnego kandydata.
W mechanizmie wyborów proporcjonalnych są jeszcze inne kwiatki – czyli instytucje lokomotywy i pchacza. Zasadzają się na tym, że głos na kandydata jest również głosem oddanym na całą listę kandydatów danego Komitetu (partii). Lokomotywa to popularny działacz partyjny o wyrazistym wizerunku medialnym. Ma „jedynkę” na swojej liście, ale nie ważne jest, że głosy pomniejszych pracują na niego, bo to głosy oddane na niego pracują na mandat dla pomniejszych.
Lista z dobrą „lokomotywą” może zająć czołowe miejsce wśród innych list i do sejmu wejdą miernoty, nawet nie rozpoznawalne przez wyborców. Z kolei „pchacz” to celebryta, wcale nie polityk, umieszczony na dalszym miejscu, który dzięki swojej popularności zdobywa głosy na mierzwę partyjną.
Weźmy okręg 12 mandatowy, na listach partyjnych po 12 kandydatów. Głosuje ok. 50 % uprawnionych, czyli 384 tysiące. Na jeden mandat trzeba zdobyć 32 tys głosów. Jeżeli „lokomotywa” zdobędzie 96 tysięcy, a „pchacz” swoje 32 tysiące, to już z danej listy mandat otrzymuje „z rozdzielnika” kolejnych 2 posłów. Jeżeli jednak „lokomotywa” i „pchacz” zdobędą, każdy, po 16 tys głosów więcej, to już zarobią ekstra 3, a nie 2 mandaty dla mierzwy. Jeżeli pozostała dziesiątka z listy uściubie kolejne 32 tys. (jedyne 3200 głosów na łebka), to na listę przypada kolejny mandat. (112 tys. „lokomotywy” + 48 tys „pchacza” + 32 tys. śmieciowych daje łącznie 192 tysiące głosów - na wagę 6 mandatów). W ten sposób głosy docelowo skierowane na 2 kandydatów, plus drobiny wrzucone z łaski, zapewniają 6 mandatów!
Przypomnijmy też głosy hipotetycznego 99 procentowego kandydata, które przepadły. Takie 708 tysięcy głosów jest „dopisane” proporcjonalnie do tych list, które w w głosowaniu zdobyły wszystkie razem 7 tysięcy głosów ! - w ten sposób każdy poseł do sejmy „podkrada”, albo „jest obdzielany” głosami oddanymi na jego konkurentów, żeby spełnić wymóg ilości głosów na jeden mandat !
Oto wybory proporcjonalne w pełni swej krasy.
III. Wyborcy i wybrańcy.
Umocowanym mentalnie w komunie wyborcom wszystko jedno, na kogo głosują, bo niby wyrwali się z jej okowów i między czymś a czymś wybierają. To Coś, wydumane przez towarzysza I Sekretarza (tfu... oczywiście - pana przewodniczącego czy prezesa) ich ukochanej partii, wdrażane przez czołowych towarzyszy z Biura Politycznego, znajdzie wytrwałych wykonawców w korpusie poselskim, które Kierownictwo Partii przedłożyło wyborcom.
Ten system jest idealny dla rządzących, bo wyborca nie zgłosi pretensji do swego posła, że partia steruje nie tam, gdzie wyborca chciałby i miał obiecane. Nie zgłosi, bo nawet nie wie, kto jest jego posłem. Na kogoś głosował, ktoś inny ma mandat – diabli wiedzą, jak się znaleźć w tej demokracji.
JOW daje sytuację prostą – 65 tysięcy ludzi ma szansę wyłonić swego człowieka do sejmu, Jednego, konkretnego. Ten znowu nie będzie mógł uciec od ludzi ze swego okręgu w meandry wędrówek międzypartyjnych, w zamian za obietnicę mandatowego miejsca na liście. Musi być ich.
Jest to sytuacja nie do pomyślenia dla dzisiejszych kierownictw partyjnych no bo jak? Czy poseł w ogóle może być zależny od wyborców, a nie swego partyjnego szefa?
Przecież to niezgodne z duchem komuny i wypracowaną w tamtym systemie pragmatyką polityczną. Skuteczność „centralizmu demokratycznego” jest dobrem nadrzędnym, a naród ma być posłuszny wyborom władzy, a nie dowolnie wybierać sobie jakiś tam wichrzycieli do sejmu!



Komentarze
Pokaż komentarze (2)