Bloger JakubX straszy dziś na SG Salonu24, że pod sztandarem Kukiza znajdą się posłowie przypadkowo dobrani i wybrani, co zdestabilizuje sejm i rząd – bo stanowisko „kukistów” w wielu sprawach będzie niejasne bądź wewnętrznie sprzeczne, co obali dotychczasowe algorytmy arytmetyki sejmowej i mechanikę wspierania rządów przez izbę poselską.
W podtekście tych obaw pobrzmiewają dwie nuty. Jedna to widmo „szlacheckiej anarchii” .Druga – przeciwstawna - to wizja partii post-totalitarnej, w której wódz starannie przesiewa swoich kandydatów na posłów, formując ekipę jednolitą i posłuszną. Zdaniem JakubaX – o ile dobrze zrozumiałem – zwartość i karność reprezentacji poselskiej jest gwarancją dobrej polityki, choćby posłowie byli tylko megafonami myśli wodza i przyrządami do głosowania wg partyjnego nakazu.
Nie wiem, jak wyjdzie Kukizowi formowanie grupy kandydatów na posłów, wątpię przy tym w sukces parlamentarny tej inicjatywy, ale nie o tym chcę pisać. Idzie mi o tytułową (u JakubaX i u mnie) demokrację szlachecką i jej wizerunek w świadomości powszechnej.
Przede wszystkim samo – jako takie - pojęcie demokracji szlacheckiej ma rodowód XIX-wieczny i zostało uformowane w kontekście politycznej krytyki ustroju Pierwszej Rzeczpospolitej i nadawano mu odcień pejoratywny – szczególnie już w historiografii marksistowskiej.
Za kanwę krytyki wzięto obraz schyłkowego okresu republiki szlacheckiej, kiedy system polityczny został spaczony – jego degeneracja była skutkiem nietrafnego wyboru monarchów i rozwarstwieniem stanu szlacheckiego (korupcji przy rozdziale funkcji państwowych, które stały się dostępne tylko dla grupy najbogatszej, a także korupcji politycznej, prowadzonej przez obce ambasady – a ta dotknęła nawet ostatniego polskiego króla). Powierzchowną krytykę oparto hasłowo o warcholstwo i liberum veto, tak, aby manipulowany, karny plebs poczuł się lepiej w roli panów.
Gdyby jednak przyjrzeć się polskiemu obyczajowi poselskiemu i zasadom sejmowania w złotym okresie Rzeczypospolitej, to niektóre elementy byłyby pouczające, a nawet do przeniesienia ich ducha w czasy współczesne. Wiele bowiem pitolimy (podniośle i bezmyślnie) o polskich tradycjach, gdy tymczasem pragmatykę życia partyjnego opieramy w znacznej mierze na wzorcach z ponurego czasu tzw. realnego socjalizmu. Partie wodzowskie, z jakimi mamy dziś do czynienia, wraz z ich zakulisowymi biurami politycznymi (świtą wodza), to przecież tylko powielenie idei kanonu „jednomyślności”, żywcem przeniesionej z peerelu.
Polska demokracja (obejmująca oczywiście tylko stan rycerski, miasta miały własne, odrębne regulacje prawne, a chłopstwo nie aspirowało do funkcji państwowych), zaczęła funkcjonować już w XIV wieku – w formie sejmików ziemskich. Początkowo były areną kontaktu władcy ze szlachtą określonego regionu i przewodniczył im starosta (urzędnik królewski), później sejmiki emanowały wolę danej ziemi w sprawach państwa, wybierały sobie marszałka, uchwalały podatki, stanowiły lokalne prawo, wreszcie godziły się (lub nie) na postulaty królewskie (postanowienia władzy wykonawczej dotyczące danej ziemi).
Od połowy XV w. sejmiki ziemskie zaczęły wyłaniać posłów na sejm walny (ogólnopaństwowy). W tym celu zwoływano sejmiki przedsejmowe, na którym ogół szlachty zapoznawał się z legacją królewską, czyli – po naszemu – z programem obrad i konkretnymi propozycjami uchwał, o jakie władza wykonawcza (król) będzie zabiegać w czasie obrad sejmu.
Kluczowym elementem, oprócz wyboru posłów, było uchwalenie instrukcji poselskich, czyli stanowiska, jakie poseł danej ziemi ma zająć wobec propozycji królewskich. Tak więc już w połowie XV wieku mieliśmy w Polsce do czynienia z faktycznym podziałem władzy niemal monteskiuszowskich, tym bardziej, że na odrębnych zgromadzeniach sejmiki ziemskie wyłaniały przedstawicieli do odrębnych trybunałów prawodawczych i sądowniczych.
Instrukcje poselskie były wiążące o tyle, że po zakończeniu obrad sejmu walnego zwoływano sejmiki relacyjne – posłowie opowiadali co i jak uchwalono i przedstawiali swoje działania i wtedy akceptowano – lub nie – ustalenia sejmowe. Poseł, który głosował wbrew instrukcjom mógł obronić swoje stanowisko i nakłonić ziomków do podzielenia jego racji. Gdy się to nie udało, to głowy mu nie urywano, ale raczej nie mógł liczyć na ponowny wybór.
Przypomnijmy – uchwały sejmu walnego zapadały pod rygorem jednomyślności, a nie większości głosów. Jeżeli ustalenia walne były sprzeczne z instrukcjami ziemskimi, a poseł w czasie relacji nie przekonał ziomków, wówczas sejmik ziemski mógł odmówić przyporządkowania się – wówczas król (osobiście lub przez swoich urzędników) przekonywał szlachtę danej ziemi do podporządkowania się „dobru ogólnemu”.
Taki tryb forsowania uchwał sejmowych z góry wymagał, że za posłowanie brały się najtęższe głowy danej ziemi. Obowiązkiem posła było bowiem takie ucieranie treści uchwał sejmowych, aby wypełnić choć część instrukcji, choćby w takim stopniu, aby po powrocie do domu przekonać ziomków do swojej racji. Posejmowa relacja była zadaniem bodaj trudniejszym, niż sama praca sejmowa. Trzeba było umieć przekonać do racji ogólnopaństwowych „elektorat” zapatrzony w racje regionalne. Instrukcje sejmowe, ich wypełnianie i sprawozdawanie efektów swojej pracy były ćwiczeniem praktycznego obywatelstwa – tak przez posłów, jak i przez całe grono ziemskiego zgromadzenia szlachty.
Rygor instrukcji poselskiej był też poważnym wyzwaniem dla władzy wykonawczej. W razie próby włączenia pod obrady punktu nie ujętego w legacji sejmowej poseł mógł wstać i powiedzieć – „ w tej materii nie mam instrukcji, muszę jechać do siebie i omówić rzecz z panami braćmi”. Siadał na wóz i jechał, a król z kanclerzem musieli się modlić, żeby wrócił przed zakończeniem sesji, bo inaczej z całych obrad nici. Obradowano co dwa lata przez 6 tygodni i już. Posłowie wyrażali zgodę na cały pakiet uchwał. W razie walnego sprzeciwu wobec jakiegoś punktu król wycofywał kontrowersyjny projekt.. Nie było łatwo dogadywać się poprzez wznoszenie się ponad partykularyzmy, przy zachowaniu bezpośredniej, kategorycznej więzi z elektoratem, nie było też czasu i miejsca na jałowe demonstracje populistów czy oszukańcze manewry marszałka bądź króla. „Biedny” monarcha chciał coś od obywateli i albo to dostawał, albo musiał sobie radzić bez tego - i już.
Pod rygorem takiego ustroju (opisałem jego fragmencik) Rzeczpospolita rządziła się przez 2 wieki swojej potęgi. Oczywiście, dziś zmienił się obraz społeczeństwa, sejm obraduje niemal permanentnie, posłowie są bardzo zajęci ustawowymi regulacjami mojego oddychania i pierdzenia (bez tego nic), parlament jest na usługach rządu – wszystko to rozumiem...
Niemniej jednak uważam, że współczesnemu polskiemu parlamentaryzmowi przydałby się „duch” instrukcji poselskiej, a – przez to - posłom większa więź z elektoratem niż z biurem politycznym swojej partii – tak pod kątem odnajdywania i wyrażania aspiracji obywatelskich, jak i pod kątem osobistej, a nie partyjnej odpowiedzialności za swoją misję poselską. To tylko mały fragmencik tradycji z czasów wielkości. Odrzucony przez macherów nowożytnych ideologii, ukrywany przez odwołujących się do historii hipokrytów, ale jakby intuicyjnie, podskórnie poszukiwany przez sporą część Polaków – oczywiście nie tych, którzy przywykli do dyktatu partyjnego, jaka by to partia nie była.



Komentarze
Pokaż komentarze (9)