PiS musi poszerzyć swój elektorat, albo poszukać koalicjanta, a polski wyborca został wytresowany do walki przeciwko. Ostatnia kampania parlamentarna oparta o zasadę zgody międzypartyjnej i wizję wielkiej koalicji PO-PiS miała miejsce w 2005 roku.
Warto przypomnieć wyniki tamtych wyborów zgody i miarę sukcesu PO-PiS-u.
PiS zdobył 155 mandatów, o 111 więcej niż miał poprzednio, Platforma 133 mandaty, o 68 więcej. Sromotne baty dostało SLD, które po uzyskaniu 55 mandatów odnotowało stratę 161 posłów; niezłe lanie PSL – 25 mandatów, o 17 mniej, w równowadze pozostały Samoobrona - 56 (+3) i LPR 34 (-4).
Przedwyborcze porozumienie programowe i obietnicę wspólnej drogi dla Polski szlag trafił tuż po wyborach. Nie trzeba było próby ogniowej wspólnych rządów i ewentualnego wykrystalizowania krytycznych różnic programowych. Zwykła bitka o stołki rządowe zaważyła o klęsce projektu już w fazie jego realizacji.
Wydarzenia z jesieni 2005 udowodniły, że programy i obietnice przedkładane elektoratowi są pustą gadaniną, gdy przychodzi do ich politycznej realizacji. Stało się to polską normą. Mniejsza o to, choć boli.
Ważne jest, że PiS podjął wówczas ryzyko egzotycznej koalicji z udziałem Samoobrony, a w trakcie jej trwania prowadził operacje polityczne osłabiające partyjną spójność koalicjanta. Był to precedens polityki wrogości wobec politycznego partnera. Zakulisowe gry polegające na wyłuskiwaniu posłów były w istocie uderzeniem w podstawę demokracji – korupcja polityczna przenosiła posłów w obszar przetargów o beneficja, prowadząc ich do zrywania więzi wyborczych.
Ujmując rzecz kolokwialnie – oto akceptowalną normą stały się wędrówki gnojków z partii do partii, podejmowane w trakcie kadencji poselskiej, bez względu na deklaracje złożone swoim wyborcom. Rządzący wówczas J. Kaczyński przełożył własny interes polityczny nad etykę demokracji. Koniunktura zwyciężyła nad zasadami, manipulacja nad prawością.
Kolejnym etapem destrukcji dobrych obyczajów stała się oparta na pobudzaniu wrogości kolejna kampania parlamentarna. Tu już do dzieła zniszczenia dołożyła się znacząco Platforma. W każdym razie – wszystkie kolejne wybory opierały się o zasadę zohydzania konkurencji w oczach społeczeństwa. Obracało się to głównie wokół dychotomii PiS – PO, w której to partie, niegdyś sobie względnie bliskie, dążyły od odróżnienia się w oczach wyborców kampaniami wzajemni rzucanymi kalumniami.
Propaganda negatywna nauczyła wyborców być przeciwko. Mało ważne za czym, ważne przeciw komu. Tylko tyle – koniec kropka. Wszystko co doskwiera, łącznie z robakiem w czereśni, jest winą samego istnienia przeciwnika politycznego, którego należy unicestwić, po to, aby stała się szczęśliwość powszechna.
Obie partie stały się jednak zakładnikami tej opcji i głównie we wzajemnym mordobiciu zawierały sens swego przekazu do wyborców tym też zyskiwały – o tempora, o mores - rzesze zwolenników.
Okazało się jednak, że coraz większe grupy społeczeństwa znudziły się ta młocką. Frekwencja wyborcza spadała, a korzystał na tym głównie PiS, bo jego żelazny elektorat bezkrytycznych wyznawców w większości opiera się mentalnie na postawach negatywnych. Bardziej otwarty i krytyczny elektorat PO odwracał się od swojej partii, gdy zadufanie i ledwo maskowana liberalizmem prywata stały się dominującymi cechami jej rządów.
PiS nie wygrywa z Platformą. To Platforma przegrywa ze społeczeństwem, a szczególnie z tą jego częścią, dla którego opowieści o wrednym Kaczyńskim z lat 2005-7 brzmią niczym bajania o krasnalu Hałabale.
Ostatnie wybory prezydenckie ujawniły potężny, dwumilionowy elektorat obojętny na tradycyjne, wiodące w polskiej polityce mordobicie i oferty pomniejszych partii. Elektorat ten, wiedziony rezerwą do obecnej władzy, dał w dogrywce zwycięstwo Dudzie.
Sukces sukcesem, ale w nadchodzących wyborach parlamentarnych nie ma dogrywki, więc aby zapewnić sobie zwycięstwo i władzę PiS musi znaleźć klucz do tego elektoratu, ewentualnie klucz do koalicji z jego ewentualną reprezentacją parlamentarną. Tymczasem ten elektorat pozostaje nieoznaczony politycznie, nie ma kolegialnej reprezentacji, a co więcej jest anty systemowy, a więc przeciwny istniejącym partiom, jako twórcom systemu.
Potencjalne dwa miliony wyborców jest schowane za murem milczenia Kukiza, który nie uchyla furtki dyskusji programowej. Partie polityczne rozpoczęły kampanię parlamentarną, chciałyby więc nawiązać konfrontacyjny lub pojednawczy dyskurs wyborczy z tym elektoratem, a tu Kukiz skazuje je na walenie głową w mur.
W tym szaleństwie jest metoda, pisałem o tym w poprzedniej notce (Kukiz - program czy strategia). Kukiz prowadzi wojnę z systemem według własnego scenariusza, który wymyka się spod dotychczasowej praktyki politycznej. Kiedy inne partie zaczynają bój wyborczy, układają listy kandydatów i dzielą skóry na niedźwiedziach, to Kukiz koncentruje się na pierwszoplanowym dla niego – na dziś – celu (referendum).
Co z tego, że analitycy i stratedzy propagandowi innych partii czekają na program Kukiza, aby go analizować i wykorzystać w swojej grze o głosy. Mogą chcieć – ale przecież Kukiz jest poza ich systemem, więc te chęci mu wiszą swobodnym zwisem.
PiS rozważa jakiś układ z Kukizem – więc niech sobie rozważa.
Ja też rozważam jakiś układ z Kaśką, ale ta nic, mimo moich nieskromnych chęci. Mógłbym ją przestrzegać, że uwiędnie w staropanieństwie, bo nikt jej nie zechce, ale to marny argument. Kaśka wie, że co innego niż chęć żeniaczki gra mi w lędźwiach, to i na mnie nie spogląda, tym bardziej, że ani ona garbata ani zezowata, a raczej ponętna i o przyszłość się nie frasuje. A że dziś skrywa swoje wdzięki, że taka nieużyta – jej sprawa i nic mi do tego.
PiS potrzebuje nowych wyborców - tych co skupili się wokół Kukiza. Chce ich pozyskać wraz z liderem lub bez niego (to drugie chętniej). Ma problem, bo nie wie jak, czym i wokół czego o nich zawalczyć. To dziś dla PiS-u nieosiągalna Wielka Niewiadoma (nota bene – sugeruję to jako nazwę dla ruchu Kukiza).
Gra Kukiza niesie w sobie niewielkie ryzyko obstrukcji ze strony systemu – że on nic nie wie, nie ma nawet pojęcia o swoich zamiarach, jest niedookreślonym manipulantem, wręcz szalbierzem...
Nie można go zbyt energicznie zwalczać ani krytykować , bo to jednak potencjalna setka mandatów – jeśli nie więcej – i pożądany potencjalny koalicjant.
I dlatego to Kukiz (mimowolnie) trzyma w szachu Kaczyńskiego, a nie Kaczyński Kukiza.
Z osobistego punktu widzenia ta sytuacja mnie cieszy. Mam satysfakcję, jak „wytrawni” gracze polityczni plują się w mediach wobec Wielkiej Niewiadomej. Reakcje na milczenie Kukiza obnażają miałkość myśli naszych speców od polityki, którzy nie potrafią wyjść poza utarte schematy, celebrowane według mocno wytartych reguł.



Komentarze
Pokaż komentarze (14)