W telewizorze pokazują amerykański samolot bojowy F-22 Raptor, który przyleciał do Polski. Pindulindy z programów info-news zachwycają się maszyną niczym wydepilowanym torsem modelu „schwarzenegger". Komentatorzy „poważni i merytoryczni" gadają o zaletach maszyny i o wzroście poziomu bezpieczeństwa Polski, do jakiego dojdzie, gdy tylko dwa takie samolociki sobie pofruwają po naszym niebie przez najbliższe dwa-trzy tygodnie.
Jestem zachwycony i cały w skowronkach.
Polska i kraje bałtyckie (+ Norwegia) są jedynymi traktatowymi sojusznikami USA, jacy mają lądową granicę z Rosją. Z tego całego towarzystwa tylko Polska ma aspiracje do więzi sojuszniczych z Ameryką ponad strukturami NATO. Reszta raczej trzyma się paktu, niespecjalnie demonstrując miłość do Pentagonu.
Norwegia robi tak, bo jej granica z Rosją, choć także (minimalnie) lądowa, ważna jest na szelfie i w wyrysie między arktycznymi wysepkami. Ma to większe znaczenie gospodarcze niż militarne, więc wikingowie wolą pragmatycznie dogadywać się z kacapami wokół kwestii spornych, niż zabawiać się w rycerzy przedmurza.
Bałtowie mają od ubiegłego roku inny problem. Kreml ogłosił w swojej oficjalnej doktrynie państwowej, że jednym z zadań Rosji jest ochrona bytu i praw swoich rodaków, mieszkających za granicami. Sporo Rosjan pozostało w krajach bałtyckich po czasach bolszewickiej okupacji i jako mniejszości narodowe są pretekstem do ewentualnej pełzającej agresji ze strony Rosji. Jest to niebezpieczeństwo raczej polityczne niż militarne, ale jest - i wymaga wyważonej polityki sąsiedzkiej z Rosją. Dlatego Bałtowie wolą akcentować przynależność do NATO, ale raczej nie drażnić niedźwiedzia już demonstrowaniem więzi specjalnych z Ameryką.
Polska jest wolna od perspektywy wojny pełzającej (brak tu niezbędnego zaplecza etnicznego), więc nasi Władcy grają Ruskim na nosie swobodnie i odważnie (choć według obcej partytury). Podstawy polskiej myśli strategicznej konsensualne są, więc porzucając lekką narracje trza przywołać stosowny dokument:
Strategia Bezpieczeństwa Narodowego Rzeczypospolitej Polskiej (dokument zatwierdzony przez Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej Bronisława Komorowskiego, na wniosek Prezesa Rady Ministrów, w dniu 5 listopada 2014r.)
- i kluczowy dla niniejszych rozważań cytat:
„ Członkostwo w euroatlantyckich i europejskich strukturach współpracy wzmacnia bezpieczeństwo Rzeczypospolitej Polskiej. NATO stanowi najważniejszą formę polityczno-wojskowej współpracy z sojusznikami. (...) Najważniejszym partnerem pozaeuropejskim Polski pozostają Stany Zjednoczone Ameryki. (rozdz. 1. p.6)
Tych, którzy alergicznie reagują na nazwisko prezydenta wymienione w czole dokumentu uspokajam. Nowy Prezydent w swoim programie politycznym zdaje się utrzymywać podane zasady, co najwyżej wykreślając zaledwie jedno słowo - tak, aby podkreślone w cytacie zdanie brzmiało: „Najważniejszym partnerem Polski pozostają Stany Zjednoczone Ameryki”
No, skoro już mamy polityczną podstawę latania, to wznieśmy się na skrzydłach Raptorów. Te cuda są ponoć szczytem wojskowej awiacji, przynajmniej w opiniach papierowych i poligonowych. Ich rzeczywistą wartość można jednak określić dopiero w bezpośredniej konfrontacji z systemami przeciwlotniczymi domniemanego wroga. Żadne symulacje w w Idaho czy Nevadzie nie będą miarodajne.
Dotychczas Raptory testowały siebie na tle ruskich systemów startując z Japonii i Korei nad basenami mórz Ochockiego i Japońskiego, a zatem poruszając się w obrębie granic morskich, w asyście sił marynarki i jej lotnictwa. Są to warunki zgoła inne niż operacje u granic lądowych. Pominę tu różnice w systemach rozpoznania i obrony, bo zaraz się tu rozwinie dyskusja o rodzajach zamontowanego u ruskich granic żelastwa.
Oba uwarunkowania różnią się przede wszystkim stopniem ryzyka wywołania incydentu bezpośredniego starcia i jego skutkami. W testowych zabawach chodzi o to, żeby sprawdzić jak wcześnie Raptor zostanie wykryty w tle innych maszyn, oraz kiedy i jakie systemy obronne zostaną uruchomione.
Nad morzem jest o tyle inaczej, że Raptor może spokojnie podrażnić ruskich wlatując na chwilkę w ich obszar powietrzny, a potem myknąć się nad wody międzynarodowe. Ruscy mogą pierdyknąć w jego stronę jakąś rakietą i nawet jak trafią, to wszystko przykryją fale i sza, nikt nic nie wie. Może przeciw niemu ruszyć jakiś ruski myśliwiec i przelecą obok siebie nad morzem niczyim, po czym obie maszyny zrobią kobrę – bo ten manewr robiły już stare migi, a F-22 jest pierwszym amerykańcem, który to potrafi. Chłopcy się pochwalą swymi zabawkami.
Oprócz czysto technicznych aspektów konfrontacji, testowany jest i stopień determinacji Ruskich w samym uruchomieniu zbrojnej reakcji. W warunkach granic lądowych nie ma praktycznie neutralnego obszaru powietrznego, w którym ostra konfrontacja rozpłynie się wśród obłoków. Tutaj zabawy chłopców w mundurkach niosą zwiększony stopień ryzyka. Raptor , lecąc po cienkiej linie prowokacji instalacji obronnych, będzie się chronił w polskiej przestrzeni powietrznej ! Ot, takie fraszki igraszki na nasze konto. Ćwiczenia niemal na ostro.
Jeżeli na tym ma polegać wzmocnienie polskiego bezpieczeństwa, to lepiej, żebyśmy zostali przy złomie pod symbolem f-16. Podobno ruskie systemy wykrywania f-16 są na tyle skuteczne, że ich operatorzy mogą się zorientować, który z pilotów prowadzi maszynę i ile wypił poprzedniego dnia. Nie ma zatem mowy o nerwowych reakcjach: - zostaw ten alarm – mówi jeden Rusek do drugiego - to leci Franek, on zawsze na kacu odbija dwa stopnie na północ.
Polityczno-militarna „współpraca” Polski i Ameryki to oczywista parodia równoważnej roli stron, ale ten fakt jest usuwany z obszaru publicznej dyskusji na równi przez PiS jak i PO. Gdy przypomnimy sobie zbiorową debatę telewizyjną kandydatów na prezydenta, to tylko jeden Andrzej Duda uciekł od tematu w stronę ogólników, a reszta sygnalizowała wyraźnie mniej lub bardziej krytyczny stosunek do status quo tego problemu.
Przypomnijmy – obaj „bezkrytyczni” wzięli razem 68,6% głosów, a „krytyczni” razem 31,2 %, więc niemal 1/3. Nie oznacza to oczywiście, że głosy na „resztę” wzięły się z hasła rewizji stosunków z USA, ale też nie wszystkie głosy na Dudę i Komorowskiego wyrażały wolę kontynuacji ślepego kursu na Waszyngton.
Stanowisko publiczne PiS i PO w tej sprawie przypomina mi dogmat o niewzruszonej przyjaźni Polski i ZSRR. Wtedy też mieliśmy za niedaleką granicą agresywne państwo zagrażające ładowi (NRF) i też tylko sojusz z Moskwą był główną gwarancja naszego bezpieczeństwa. Za podważanie tego ble, ble można było iść siedzieć, albo zwichnąć karierę zawodową.
Dziś mamy demokrację odgórnie kontrolowaną, więc tylko to i owo się w mediach knebluje. W tej opresji jedność mainstreamu PO-PiSu jest zadziwiająca.
Charakterystyczne – tak wtedy jak i dziś lekceważyliśmy nasz udział w strukturach integracyjnych, nie wierząc w możliwości wpływu na nie, a całą strategię pokładaliśmy w lizaniu sowieckiej dupy, którą dziś zamieniliśmy na amerykańską.
Asymetria naszych stosunków z Waszyngtonem polega na tym, że w amerykańskim interesie wyprowadzamy się na margines Europy i montujemy różne antyeuropejskie opcje, gdy nic z tego nie mamy - prócz rzeczywistej marginalizacji naszego kraju we wspólnocie i spadającego znaczenia na arenie międzynarodowej. Tak naprawdę, to już nikt z nami gadać nie chce, bo i po co – o ważnych rzeczach nie gada się z pachołkiem, tylko z jego panem.
W ramach taktycznych gier Ameryki podskakujemy bezsensownie Ruskim, stając ością w gardle Europy, zaogniając sytuację w regionie i tracąc perspektywy korzyści z nieuchronnej przecież stabilizacji i nieuchronnego powrotu do współpracy między Zachodem a Wschodem na kontynencie Eurazji. Za parę lat po drodze na wschód będziemy wlec się w ogonie Europy, narzekając, że Niemcy znowu nas wykiwali.
Naszą misję dziejową odnajdziemy w odmalowywaniu złomu w magazynach amerykańskiej broni.
Brak nam w publicznej dyskusji rozważań o korzyściach, jakie moglibyśmy odnieść w następstwie pozytywnego wkładu w utrwalanie i poszerzanie integracji europejskiej.
W naszych pałach nie mieści się pojęcie, że porozumienie i współpraca może być sytuacją równych i wielostronnych korzyści, a dochodzi się do tego pragmatyzmem a nie tromtadracją. Blokuje nas idiotyczny dogmat, jakobyśmy byli na tyle gówno warci, że wszyscy nas ograją i wykorzystają. W imię konserwacji tego kompleksu niższości budujemy swoją wizję „potężnego sługusa”. Bo sługus jakoby potężny jest, jeżeli tylko potężnemu panu służy.
Jesteśmy więc szczęśliwi, że nasze niebo ozdobią na trzy tygodnie dwa Raptory, wszak to miara naszej regionalnej potęgi. Jeszcze szczęśliwiej byłoby, gdyby w dawnych bazach okupacyjnych sowieckiej armii skoszarowano, w miejsce sołdatów, soldiers-ów US Army. To już byłoby absolutne spełnienie polskiego ideału niezawisłości i niepodległości.



Komentarze
Pokaż komentarze (13)