Tradycja jest zbiorem wartości i postaw ukształtowanych w historii narodu, określonej grupy ludzkiej, rodziny. Bywa głęboka - sięga wtedy zwyczajów i zachowań z dawnych czasów, powszechnych i zakorzenionych wśród prapokoleń. Przywiązanie do tradycji kształtuje naród, jego specyfikę i odrębne cechy.
Swoje związki z tradycją odczuwamy najczęściej emocjonalnie i intuicyjnie. Podejmujemy wtedy działania może i nie racjonalne, ale zgodne z duchem narodu, a więc umotywowane tak głęboko, że nie potrzebują uzasadnień werbalnych. Niech klasycznym przykładem będą tradycje powstańcze.
Tradycja jest zbiorem i nośnikiem imperatywów. Cóż to takiego? Imperatyw (łac. imperativus – rozkazujący) to nakaz, reguła, zasada, która nie podlega dyskusji. To naczelna norma moralna, obowiązująca w sposób powszechny, bezwarunkowy i bezwzględny; to reguła dotycząc dziedzin życia duchowego i społecznego.
O wynikających z tradycji imperatywach możemy dyskutować tylko na tyle, jak je realizować w zmiennych warunkach historycznych czy politycznych. Nie możemy ich kwestionować ani odrzucać w ich podstawowym nakazie - bo wtedy odcinamy się od własnych korzeni i tożsamości narodowej. Imperatyw naszej tradycji nie podlega targom ani kalkulacjom, chyba że chcemy zerwać z ciągłością narodu, a stać się tymczasową efemerydą, podległą krótkotrwałym koniunkturom politycznym.
Polska ma wielowiekową i zupełnie własną, wyjątkową w Europie, tradycję przyjmowania uchodźców z różnych stron świata, z różnych kultur i narodów.
Początek - jeszcze za Piastów przybyli dość licznie do Polski Ormianie. Byli to uchodźcy religijni (monofizyci). Otrzymali wolność wyznania. W tym czasie rozpoczął się też napływ uchodźstwa żydowskiego - wywołanego prześladowaniami religijnymi i ekonomicznymi na zachodzie Europy. Nieco później zaczęli przybywać do nas Karaimi. Przyjęliśmy też sporo uchodźców z Wołoszy, rozszarpywanej przez potężnych sąsiadów.
Kolejne znaczące fale uchodźcze, które znalazły schronienie w Polsce były pokłosiem Reformacji i prześladowań religijnych w Europie. Polska przyjęła wtedy wielkie rzesze (obcych katolikom) wyznawców różnych prądów ewangelickich. Doszli nawet antytrynitariusze i całkiem niszowe sekty. Wszystkim przybyszom pozwolono nie tylko praktykować, ale i głosić swoja wiarę.
Przyjmowaliśmy też uchodźców z wrogiego nam wówczas świata islamu i jest to historia bardzo pouczająca.
Na przełomie XIV/XV wieku tatarscy uchodźcy zaczęli przybywać na Litwę i był to trend utrzymujący się przez wieki, rozszerzajcy się na ziemie koronne.
Tatarzy hospodarscy , czyli pochodzących z arystokracji tatarskiej, mieli zapewnione zachowanie autonomii zwyczajowej we własnych, narodowych strukturach feudalnych, bo wraz ze starszyzną przybywali ich lenni, nie należący do rodów arystokratycznych, którzy parali się rolnictwem.Wszyscy oni mieli wolność wyznawania muzułmańskiej religii.
Tatarskie rody otrzymywały herby i nadania ziemskie w zamian za służbę wojskową. Otrzymały też przywileje od Zygmunta II Augusta w latach 1561 i 1568, Stefana Batorego w 1576 roku, Zygmunta III Wazy w 1609 roku i Władysława IV w 1634 roku.
Oprócz tego dość licznie przybywali Tatarzy w falach mniej zorganizowanych - byli to głównie rzemieślnicy osiedlający się żywiołowo na podgrodziach - i nikt im niczego (prócz podatku) nie nakazywał i niczego im nie bronił. Żyli jak chcieli.
Co do liczebności tych uchodźców - w XVII wieku Tatarzy byli w stanie wystawić w swoich chorągwiach 4-5 tysięcy ludzi, co oznacza, że populacja ta liczyła ok. 20 tysięcy ludzi pośród 17 milionów mieszkańców ówczesnej Rzeczpospolitej.
Wielowiekowa migracja na ziemie Rzeczpospolitej wyznających islam Tatarów miała piękne zwieńczenia i wpisała w nasze dzieje wiele pomnikowych postaci, choćby Henryka Sienkiewicza, autora jakże polskiej Trylogii i jakże gloryfikującej chrześcijaństwo powieści Quo Vadis.
II Rzeczpospolita podjęła tradycję służby Tatarów dla Rzeczpospolitej. W składzie 13 Pułku Ułanów Wileńskich sformowano 1 Szwadron Ułanów Tatarskich, którego dowódcą był major Aleksander Jeljaszewicz. Do formacji tej z czasem wcielano wszystkich poborowych z muzułmańskich wiosek polskich Tatarów. Była to już nie tyle tolerancja, ale wyraz szacunku dla ich odrębności etnicznej i religijnej.
10 września 1939 r., pod Maciejowicami, Szwadron Tatarski przeprowadził bodaj ostatnią w historii Polski szarżę ułańską. Parę dni później major Jeljaszewicz dostał się do niewoli. Po wojnie osiedlił się w Gdańsku, razem z garstka Tatarów, którzy – wierni Polsce - opuścili swoje zagarnięte przez sowietów domy. Zmarł tam w 1978r. i został pochowany na muzułmańskim cmentarzu.*
Ktoś może powiedzieć, że wraz ze śmiercią Jeljaszewicza został zamknięty rozdział z historią pierwszego uchodźstwa muzułmanów do Polski i w zupełnie nowej rzeczywistości wynikające z niego nauki są puste. Może, bo każdy interpretuje historie i jej ciągłość jak chce (i umie).
Tyle tylko, że nie w tym rzecz, czy decyzje naszych przodków dotyczące przyjmowania uchodźców „jak leci” były trafne czy nie. Istotne jest to, jaki porządek myśli i empatii odziedziczyliśmy w tej sprawie. Z dziedzictwem się nie dyskutuje, tylko je przyjmuje.
Rozważać możemy i musimy (!) współczesny porządek prawny i społeczny, a także uwarunkowania ekonomiczne. Tego wymaga troska o byt codzienny nasz i naszych potencjalnych gości, którzy w jakiejś części staliby się na dobre i złe obywatelami naszego kraju i wraz z nami tworzyli jego przyszłość. Są to problemy z katalogu „jak?” a nie z katalogu „czy?”.
Z punktu widzenia Polski, jako całościowego i szczególnego fenomenu dziejów ludzkości, rozważanie czy w ogóle przyjąć uchodźców są niemożliwe do przyjęcia. Takie rozważania mogą prowadzić kupczyki bez Ojczyzny, kondotierzy obcych państw lub niewolnicy współczesnych, przemijających ideologii lub polityk. To domena ludzi bez korzeni i bez przyszłości, mierzwy bez imienia. To bełkot nie mający żadnego odniesienia do nakazu wynikającego z tradycji własnego narodu.**
Z tradycji wynika też częściowa, ogólna odpowiedź na pytanie „jak?”. Trzeba ich przyjąć tak, jak czynili to nasi przodkowie. Objąć prawami Rzeczpospolitej, lecz bez przymuszania ich do przyjmowania naszego narodowego ego za swoje. To ma przynieść czas i obopólna dobra wola, której wyraz jest procesem historycznym zależnym po równi od gospodarzy i przybyszów, a nie czczą deklaracją polit-poprawności.
Ci, którzy z własnej inicjatywy prą do władzy i ją obejmują w kolejnych przemianach są od tego, żeby w szczegółach rozwiązywać to, do czego ich zobowiązuje dziedzictwo narodowej myśli i tradycji.
Uciekanie przed historią własnego narodu i jej imperatywami nie jest poważne, szczególnie że mają gęby pełne Polski co trzecie zdanie.
-------------------------------
*Całkiem niedawno jakieś bydlęta, zapewne w „obronie polskości” , podjęły próbę podpalenia nowego gdańskiego meczetu. Jak dobrze, że major Jeljaszewicz nie dożył tego aktu wdzięczności
**Notkę dedykuję Jarosławowi Gowinowi, którego ongiś szanowałem.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)