Obłok Obłok
1375
BLOG

O Schengen - a deser po polsku

Obłok Obłok Polityka Obserwuj notkę 32

Dla niektórych konwencja Schengen to budki kontrolne ze strażnikami na zewnętrznych granicach państw strefy wolnego przepływu osób (strefy Schengen). Ponowne postawienie strażników na wewnętrznych granicach ma być końcem funkcjonowania strefy Schengen.

To kompletna bzdura.

Po pierwsze - było już sporo precedensów czasowego przywracania wewnętrznych kontroli granicznych. Działo się to przy okazji imprez sportowych (także Euro2012 w Polsce) i spotkań na politycznych szczytach (np. G7 - 2015, Monachium).

Po drugie - sama idea i praktyka swobodnego przepływu obywateli państw strefy ma się dobrze i nikt nie zamierza w nią godzić. Co najwyżej można się liczyć z utrudnieniem, polegającym na okazaniu dokumentu tożsamości przy przekraczaniu granic wewnętrznych.

Z jakiego powodu i w jakim celu wprowadzana bywa taka szykana? Tu już trza ciut wiedzy i umiejętności posłużenia się rozumem.

Istnieje nadrzędna zasada, że każde państwo może zabronić wejścia w swoje granice osobie nie posiadającej stosownego prawa lub zezwolenia, a jeżeli taka osoba znajdzie się już wewnątrz, to ma prawo ją wydalić (lub przyjąć). Zasada ta obowiązuje bez względu na przynależność do związku państw (unii) i bez względu na porozumienia międzynarodowe (konwencja Schengen).

We współczesnych standardach prawnych taką nieuprawnioną osobą może być wyłącznie OBCOKRAJOWIEC - nie wolno bowiem zabronić powrotu do własnego państwa jego obywatelowi, bez względu na to, w jakich okolicznościach go opuścił i bez względu na czyny, jakich dopuścił się za granicą.

Przekraczanie granic przez OBCOKRAJOWCÓW odbywa się za okazaniem międzynarodowych dowodów tożsamości i obywatelstwa, tj. paszportów, a także w ustalonych relacjach międzypaństwowych za specjalnymi zezwoleniami na wjazd (wizami). Kraje wpuszczające obcokrajowca mogą ustanowić własne wymagania dotyczące tych dokumentów, czasem sprzeczne z ogólną normą międzynarodową (np. paszporty "biometryczne" w USA).

Inaczej jest obywatelami państw strefy Schengen – co wynika z postanowień odpowiedniej konwencji.

Może się to komuś wydać dziwne, ale POLAK podróżujący po Niemczech, Francji, czy po jakimkolwiek kraju tej strefy, NIE JEST TAM - w rozumieniu konwencji - OBCOKRAJOWCEM.

Tylko tyle i aż tyle.

W praktyce oznacza to, że dla identyfikacji tamtejsze organy porządkowe posługują się dokumentem wewnętrznym państwa podróżnika, potwierdzającym jego obywatelstwo (dowodem osobistym) i nie wolno w jakikolwiek sposób ograniczyć jego swobody podróżowania. Obywatelstwo państwa strefy Schengen niesie kategoryczne uprawnienie i wyklucza możliwość restrykcji dopuszczalnych w prawie dla obcokrajowców.

 

OBCOKRAJOWCEM w strefie Schengen jest osoba, która nie jest obywatelem któregoś z krajów tej strefy. Tylko tyle i aż tyle.

Konwencja Schengen określa też wspólną regułę legalnego wjazdu i pobytu obcokrajowców w strefie. Wymagany jest od nich międzynarodowy dokument tożsamości i obywatelstwa i (ewentualnie) wiza wjazdowa - wydana przez jeden z krajów członkowskich. Jeżeli państwo udzielające wizy nie zastrzegło inaczej, wiza jest ważna na całą strefę. (Oczywiście mały ruch graniczny z Rosją, Białorusią czy Ukrainą nie ma mocy rozszerzenia swobody podróżowania na cały obszar strefy).

Co do zasady - OBCOKRAJOWIEC - przybysz zaakceptowany przez Polskę jest akceptowany jako podróżnik w całej strefie, z ograniczeniami, jakie zastosowała Polska (np. termin pobytu).

 

Te wszystkie ustalenia konwencji Schengen nie są i nie będą podważane, nawet gdy na granicach wewnętrznych staną budki ze strażnikami. Skoro to już wiemy, to wracamy do pytania skąd i po co te budki.

 

Fala przybyszów zalewająca obecnie Europę to ludzie, którzy nie posiadają wcześniej zdobytego zezwolenia na przekroczenie granicy kraju przybycia, np. Węgier. Nawet gdy ci ludzie już się znajdą w kraju strefy Schengen, NIE JEST TO RÓWNOZNACZNE Z OBJĘCIEM SWOBODĄ PODRÓZOWANIA wynikającą z konwencji.

Ci ludzie są OBCOKRAJOWCAMI, którzy znaleźli się w strefie nielegalnie, chociaż za ogólnym przyzwoleniem władz krajów, do których dotarli.

Samo PRZYZWOLENIE na przekroczenie granicy nie legalizuje pobytu! Nawet w tym kraju, który ich wpuścił, cóż dopiero w pozostałych krajach strefy Schengen, czy Unii.

LEGALIZACJA takiego pobytu odbywa się w drodze ubiegania o azyl. Procedury udzielenia azylu (pozwolenia na pobyt nielegalnym przybyszom) są regulowane prawem państw, a nie Unii.

Do czasu uzyskania azylu każdy nielegalny przybysz jest traktowany jako osoba, która naruszyła prawo danego państwa. Uregulowanie jej statusu jest ważne tylko w tym państwie.

W stosunku do każdej z tych osób trzeba przeprowadzić indywidualnie procedurę wyjaśnienia, dlaczego naruszyła prawo (nielegalnym przekroczeniem granicy). Przyjmuje się zasadę domniemania niewinności, zakładając, że każda z tych osób znalazła się w sytuacji wyższej konieczności, a prawo naruszyła chroniąc własne zdrowie lub życie. Jednak to domniemanie nie zwalnia od weryfikacji prawdziwego stanu rzeczy. Takie ustalenia są przewlekłe i polegają na ustaleniu prawdziwości wielu szczegółowych informacji. Na czas tej procedury postanowienia konwencji międzynarodowych wymagają zapewnienia azylantom minimum godnego pobytu.

 

Daleko tu jeszcze do efektu - czyli przyznania prawa osiedlenia i podjęcia pracy - to drugi etap. Każdy z azylantów musi się liczyć z tym, że może zostać wydalony do kraju, który opuścił.

Procedura azylu to nie reguły końskiego targu (wybieramy przydatną do potrzeby rasę , zaglądamy w zęby, sprawdzamy czy sierść zdrowa i koń nie kuleje - jak pasuje, to bierzemy), bo to decyzje o ludzkim losie.

Poza wstępną kwalifikacją porządkowo-prawną trzeba też poznać zamiary przybyszów - czy planują pobyt tymczasowy, na okres konfliktów w swojej Ojczyźnie i pragną tam wrócić, czy też szukają nowej szansy życiowej. Azyl jest udzielany obu grupom, jednak innej adaptacji wymagają przyszli imigranci, inaczej trzeba się zająć tymczasowymi uchodźcami. Kto jest kim w chwili przekroczenia granicy nie wiadomo.

 

Cała bieda Europy polega na tym, że procedury azylu są różne i autonomiczne w różnych państwach, a ani konwencja Schengen, ani prawa Unii nie uznają azylu krajowego za wiążący dla całej Wspólnoty - jak jest we wspomnianym wcześniej przykładzie z wizami wjazdowymi.

De facto jest tak, że uchodźca jest problemem tego kraju, na ziemi którego postawi swoją stopę. Gdy fala przybyszów zalała malutkie Węgry, te stanęły przed problemem "mocy przerobowych" - już dla pierwszego etapu procedur przyjęcia. Austriacy widząc ten kocioł otworzyli się na uchodźców, świetnie wiedząc, że nie obejmuje ich prawo swobodnego podróżowania po strefie Schengen (wszak uchodźcy są OBCOKRAJOWCAMI bez należytych zezwoleń). W ślad za Austriakami poszli Niemcy, będący dla fali uchodźczej z południa wewnętrznym, a nie frontowym krajem strefy Schengen.

Błędem jest jednak twierdzenie, że przemieszczenia uchodźców po strefie odbywają się w ramach konwencji Schengen, a próba regulacji tych pływów przez postawienie strażników na granicach wewnętrznych strefy jest końcem ustaleń i praktyki konwencji. Wprost przeciwnie.

Nawoływania do reformy praw strefy Schengen nie mają na celu ograniczenia uprawnień obywateli jej państw do swobody podróżowania. Celem reformy mają być postanowienia dotyczące OBCOKRAJOWCÓW (gdyby ktoś chciał poczytać tekst konwencji, to stwierdzi, że jest o wiele więcej w jej tekście o obcokrajowcach, niż o obywatelach. Obywatele mają swobodę i już).

Reforma ma ustalić jednolitą formułę prawną dla azylantów i ich swobody (lub ograniczeń) w podróżach po UE i strefie Schengen.

 

To tyle o Schengen i bezładnej gadaninie na ten temat. Na deser coś z polskiego kontekstu.

Mamy w Polsce powierzchowną i skrzywioną optykę problemu uchodźstwa, mocno opartą na wspomnianych już regułach końskiego targu. Mierzi mnie to, ale rzecz nie w potyczkach z populizmem.

Są bowiem problemy stricte prawne, które tych reguł nie pozwalają stosować. Słyszę, że Gowin che wyselekcjonować tych, których przyjmiemy - jeszcze przed wpuszczeniem ich w nasze granice.

A któż i jak miałby to zrobić? Węgrzy? Niemcy? Austriacy? Jakby nie mieli własnych kłopotów, to jeszcze będą pracować pod widzimisię Gowina?

A może Kościół? Fundacja jakaś? Czy mamy wysyłać do obcych krajów emisariuszy, do tamtych policji i urzędów, żeby wybierali w tamtejszych obozach odpowiednich dla nas kandydatów i zabierali ich do Polski? Na jakiej podstawie? Jaka będzie moc prawna decyzji tych selekcjonerów? Będą wystawiać listy żelazne?

Nawet gdyby Węgrzy i Niemcy chcieli dla nas taka selekcję zrobić, nawet gdyby biskup z Ochojską byli nieomylni, to taki odsiew nie miałby w Polsce żadnej mocy prawnej i kołomyję z weryfikacją trzeba będzie zaczynać od nowa.

Zresztą nie tylko Gowin opowiada banialuki. Obecna premier też chce gwarancji, że przyjmiemy tylko uchodźców jakiś tam (nie powiedziała jakich) , a nie emigrantów ekonomicznych. A kto ma polskiemu rządowi udzielić takiej gwarancji, skąd weźmie tę pewność i na jakiej podstawie będzie to miarodajne dla Pani Kopacz?

Decyzje o przyznaniu azylu na naszej ziemi podejmuje wyłącznie państwo polskie, w ustalonych od dawna procedurach i jest to jego suwerenna decyzja. Żadne czyjekolwiek wcześniejsze zaglądanie w zęby uchodźcom nie ma jakiegokolwiek znaczenia.

Albo bierzemy do naszych ośrodków jakąś pulę - jak leci - i zgodnie z naszymi przepisami prześwietlajmy ich decydując co dalej, albo nie róbmy nic w ogóle. Krygowanie się to rzecz właściwa dla kinderbalu.

Ciekawi mnie też ewolucja poglądów Prezydenta. Ostatnio pokazał się z muzułmanami, co mogłoby zostać odebrane jako sygnał do otwartości na wyznanie ewentualnych przybyszów do Polski. Jednak w meritum, czyli w polskim konkrecie sprawy, prezydent Duda milczy. Jeszcze nie tak dawno w Berlinie mówił, że Polska jest wystawiona na kilkusettysięczne uchodźstwo z Ukrainy. Powiedział i nic więcej.

Pewnie uważa, że jesteśmy na to przygotowani i nie będziemy potrzebowali na tę ewentualność żadnej pomocy z zewnątrz. Świadom takich możliwości naszego kraju nie stawia już sprawy publicznie - pewnie uważa, że jakakolwiek decyzja rządu w tej sprawie nie ma dla Polski większego znaczenia, bo te kilkanaście tysięcy możemy łyknąć swobodnie, zweryfikować i coś tam z nich w przyszłości przyswoić. Dla tych. którzy widzą problem uchodźstwa w optyce międzyludzkiej solidarności jest to stanowisko optymistyczne. 

Obłok
O mnie Obłok

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (32)

Inne tematy w dziale Polityka