Większość ustaw uchwalanych przez sejm powstaje z przedłożenia rządowego, czyli ustawy pisze organ władzy wykonawczej (Rząd). Pisze je najczęściej we własnej sprawie, bo w ramach tych ustaw (i tylko w tych ramach) podejmuje decyzje i działania.
Rząd pisze sobie prawa, oczekując, że sejm je klepnie (usankcjonuje) i wydali w system prawny Rzeczpospolitej w formie obowiązującej Ustawy. Z reguły posłowie większości sejmowej tak decydują.
Zachodzi pytanie, po co ten ustawodawczy cyrk, skoro znaczną część procesu ustawodawczego spoczywa na rządzie (jeszcze raz - władzy wykonawczej a nie ustawodawczej), a sejm - ponoć organ ustawodawczy - pełni głównie funkcję notarialną.
Słuchałem min. Sasina jak grzmiał, że sędziowie TK wzięli udział w pracach ustawodawczych nad ustawą regulującą działanie ich Trybunału. Ponoć to nieprawidłowe, bo po zaskarżeniu tej ustawy, będą sądzić własne dzieło.
Pan Sasin nie zasugerował, żeby ustawę o TK napisali fryzjerzy i szewcy, bo przecież niczego by to nie zmieniło. Po napisaniu takiego aktu przez zacnych rzemieślników i przetworzeniu przez procedury sejmowe, ustawa taka dalej podlegała by badaniu na zgodność z Konstytucją - i bez względu na to, że dotyczy TK, badał by to właściwy organ, czyli Trybunał Konstytucyjny. Badał i orzekał – jak to niektórzy chcą widzieć - we własnej sprawie.
Gdyby zabroniono tego Trybunałowi Konstytucyjnemu, to doszlibyśmy do absurdu, że w dotyczącą jego ustawę władze wykonawcze i ustawodawcze mogą wpisać dowolne bzdury, a te muszą pozostać na wieki.
Rzecz w tym, że ustawa - bez względu na merytoryczny i redakcyjny wkład osób spoza grona posłów - po uchwaleniu przez Sejm jest rezultatem pracy władzy ustawodawczej, a nie wkraczającym w kompetencje sejmu aktem życzeń Józia czy Zdzicha, jak to sugeruje min. Sasin.
Gdyby miało być inaczej, to przedłożenie rządowe byłoby wkroczeniem władzy wykonawczej w kompetencje władzy ustawodawczej i każdy projekt ustawy, jaki prześle pani premier Szydło do sejmu musiałby wylądować na sejmowym śmietniku. Gdyby zaś odpowiedni minister pojawił się na obradach komisji sejmowej i wypowiadał się na temat dyskutowanych tam rozwiązań prawnych, to należałoby go posłać kopniakiem pod Trybunał Stanu, a ewentualnego eksperta do kryminału.
Trybunał Konstytucyjny nie bada kto i w jakim stopniu kształtował przepisy ustawy, bo to nie jego rola - odnosi się do "produktu gotowego" z plakietką "made in Sejm RP", a jako kontekst badania ma postanowienia Konstytucji.
Polska ma przebogatą tradycję parlamentarną, bodaj najstarszą w Europie. Proces stanowienia praw dla władzy wykonawczej był - od chwili powstania sejmu walnego - niezwykle interesujący. Król i jego rada przed zwołaniem sejmu rozsyłali do sejmików ziemskich tzw. legację królewską, czyli wykaz spraw i założenia ustaw, które miały być przedmiotem pracy poselskiej podczas zwoływanej sesji.
Sejmiki ziemskie badały legacje, wypracowywały swoje stanowisko, a poseł reprezentujący sejmik jechał na sejm walny z instrukcjami krajanów, co też można z tymi legacjami zrobić - bo można było wszystko. Podstawową pracą sejmu było tzw. ucieranie ustaw, czyli nadawanie im takiej treści i brzmienia, żeby mogli je zaakceptować wszyscy posłowie (zdanie Króla liczyło się mniej).
W efekcie Król, który w legacji chciał wołu, mógł dostać niedźwiedzia - i musiał rządzić z niedźwiedziem, a nie z wołem.
Dziś w Polsce do prymatu w kształtowaniu prawa aspirują władze wykonawcze, czyli Rząd i Prezydent, a za ich plecami rolę inspirującą mają egzekutywy partyjne. Rola posłów i Sejmu została zmarginalizowana. Z tego też względu egzekutywy partyjne i władze wykonawcze przypisały sobie prawo do osądzania Ustanowionego Prawa - ni z gruszki ni z pietruszki, ale dla swoich partykularnych celów.
To trochę tak, jakby - w I Rzeczpospolitej - Król z Kanclerzem, niezadowoleni z uchwalonych ustaw, chcieli je poddawć w wątpliwość, ignorować lub przekraczać. Raz, że taka obstrukcja była poza świadomością pojmowania praw Rzeczpospolitej, dwa, że gdy na tronie zasiadał pozbawiony takiej świadomości obcokrajowiec i brykał, to sprowadzano go na ziemię rokoszem (który był przewidziany prawem).
Były to piękne czasy, kiedy obywatele przez swoich posłów stanowili prawa, których przestrzegała władza wykonawcza i nie ośmielała się ich kwestionować. Trybunały tamtego czasu miały swoich deputatów i ich postanowieniami regulowano szczegółowe prawo i postępowanie sądowe. Król ani Sejm nawet nie próbowali wkraczać w ich kompetencje.
Dziś byle chmyz, podbechtawszy dla wigoru grupkę gawiedzi, czuje się uprawniony do plwania na urzędy, prawodawców i sędziów - w politycznych czy publicystycznych awanturach.
W dawnej Polsce "umiejętność polityczna" oznaczała zdolność godzenie frakcji przez wyszukiwania rozwiązań zyskujących powszechną akceptację, Tzw. "statysta o politycznym rozumie" był cenionym przez wszystkich konstruktorem porozumień.
Dziś „polityk” to przede wszystkim stronniczy awanturnik, zapatrzony w racje swego ugrupowania, orędownik swojej cząstkowej (wobec woli Narodu) władzy, bojownik o swoje idee fixe - kosztem interesów i praw Rzeczpospolitej.
Gdy mi ktoś powie, że I Rzeczpospolita odeszła w niesławie, to powiem, że jej potęgę mierzymy stuleciami, zaś "potęgę" dzisiejszych "demiurgów władzy" mierzymy co najwyżej kadencjami.



Komentarze
Pokaż komentarze (21)