Niektórzy politycy, a w ślad za nimi wierni publicyści, przyjęli umowne kryterium wykazania zależności i stronniczości politycznej orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego. Założyli mianowicie, że sędziowie TK podzielają poglądy tej siły politycznej, która rekomendowała ich wybór i są wobec tej siły politycznej (partii) dyspozycyjni.
Dałbym wiele, aby poznać uzasadnienie takich mniemań, ale poza aberracją mentalności środowiska politycznego żadnego uzasadnienia nie zauważyłem - bądź do mnie nie dotarło
Przyjrzyjmy się stanowi rzeczy.
I.
Każdy człowiek ma swój własny, określony przez siebie, światopogląd. W ramach tego światopoglądu mogą się znaleźć także jakieś poglądy polityczne - ale nie muszą. Gdy już są, to mogą być ustalone przez jednostkę na poziomie ideologii politycznej (konserwatyzm, liberalizm, lewicowość, etc), lub na poziomie sympatii czy zaangażowania w życie polityczne i partyjne.
Podstawową czynnością obywatelską, w której człowiek daje wyraz swoim poglądom politycznym jest udział w wyborach do władz ustawodawczych lub wykonawczych Rzeczpospolitej.
Obywatele robią to kandydując lub głosując.
Kandydowanie wiąże się z publiczną manifestacją zaangażowania politycznego. Taka manifestacja polityczna rodzi zobowiązania publiczne (np. wobec wyborców - często łamane), oraz wobec struktury politycznej (partii) , w ramach której kandydat dąży do udziału we władzy. Zobowiązanie do dyspozycyjności wobec własnego ugrupowania politycznego są rzadziej łamane, bo niosą za sobą ryzyko załamania kariery politycznej (choć złamanie dyspozycyjności wobec jednej partii, a przyjęcie podobnego poddaństwa wobec drugiej, mogą tę karierę zdynamizować).
Pokreślmy – dla polityka kandydowanie jest nierozdzielnie związane z posiadaniem, a przynajmniej z deklaracją poglądów politycznych, a udział w organach władzy z poddaniem się linii partyjnej (dyspozycyjnością).
Wielu polityków uważa, że obowiązuje to wszystkich innych obywateli w ich życiu zawodowym i państwowym. Mimo że ustrój Rzeczpospolitej zakłada apolityczność wielu instytucji państwowych i społecznych, to politycy widzą służbę publiczną wyłącznie w kategoriach politycznego podporządkowania jakiejś tam opcji. Inaczej nie potrafią.
Ta aberracja mentalna ma dwa źródła.
Jedno nich to doświadczanie wszechwładzy partyjnej w czasach tzw. komuny, gdy deklaracja polityczna i dyspozycyjność wobec partii była powszechnym kryterium wyznaczenia na jakiekolwiek stanowisko polityczne (co jeszcze od biedy można zrozumieć) , ale także w wojsku. organach porządkowych, prokuraturze, sądownictwie, administracji centralnej i terytorialnej, jednostkach gospodarczych – jednym słowem wszędzie.
Pokutuje to w wielu głowach po dziś dzień. Politycy uważają, że skoro wyłaniają z siebie lub przez siebie władze państwowe, to cała sfera państwa jest sferą polityczną.
Oni naprawdę myślą, że normy zachowań właściwe dla ich klasy obowiązują w całym organizmie państwa i że każdy zgłaszany czy powoływany do władz, nawet konstytucyjnie apolitycznych, sam z siebie przyjmuje jakieś zobowiązanie polityczne – choćby nawet umocowanie jego urzędu gwarantowało pełną niezawisłość
Psy Pawłowa . Słyszą „urząd” reagują „służę temu, kto mnie na niego wskazał”.
Tak myślą, tak czują, i tak widzą świat, bo takie jest życie codzienne polityków. Tylko czemu, do diaska, przypisują to innym?
II.
Państwo może i powinno funkcjonować poza grą polityczną
Czynny udział w wyborach – głosowanie – przez tajność głosu pozostawia pogląd polityczny lub sympatię partyjną w wewnętrznej sferze światopoglądowej człowieka.
Innymi słowy – nie można rozważać bezstronności lub stronniczości politycznej konkretnego człowieka, dopóki publicznie nie określi swoich poglądów słowem lub zajęciem miejsca w strukturze partyjnej, albo udziałem w publicznej akcji politycznej jakiegoś ugrupowania.
Gdy jakiś (niekonieczny przecież) wektor polityczny pozostaje w intymności światopoglądowej człowieka, to przypisywanie mu dyspozycyjności wobec jakiegoś ugrupowania politycznego jest zwyczajnym pomówieniem, nie znajdującym uzasadnienia w rozpoznawalnej rzeczywistości.
Gdyby przyjrzeć się obecnemu składowi Trybunału Konstytucyjnego, to dwoje jego członków dało kiedyś wyraz swemu zaangażowaniu politycznemu - przez skorzystanie z biernego prawa wyborczego i członkostwo w ugrupowaniach politycznych – są to prof. Teresa Liszcz i prof. Leon Kieres.
Tylko w stosunku do tych dwojga sędziów można by wywodzić cokolwiek o ich stronniczości politycznej – choć też wyłącznie przy założeniu, że uzewnętrzniane kiedyś poglądy polityczne przylgnęły do nich na zawsze, i wszystko co robią jest ich wyrazem.
Można bowiem przyjąć założenie odwrotne – że objęcie urzędu sędziego TK było dla nich ablucją z politycznych zaszłości, tak jak umycie rąk po grzebaniu w przydomowej rabatce zmywa z nich resztki ziemi.
Tak czy inaczej – pomawiając Trybunał o polityczną dyspozycyjność trzeba wskazać realne, a nie domniemane przesłanki tej oceny, czy to w stosunku do konkretnych sędziów, czy do Trybunału jako takiego.
Jednak polityczna ocena orzeczeń Trybunału, albo zdań odrębnych poszczególnych sędziów, nie jest taką przesłanką. Osąd polityczny jest bowiem względny wobec obiektywnej rzeczywistości i nie określa jej, a tylko interpretuje według założeń przyjętych w takim czy innym programie politycznym.
Mimo to – jak padło we wstępie – wielu twierdzi, że sędziowie podzielają poglądy tej siły politycznej, która rekomendowała ich wybór i służą jej dozgonnie. Polityczna paranoja i polityczny osąd zastępują rzeczowość i prawny osąd rzeczywistości.
Żeby uświadomić politykom różną sytuację sędziów TK od ich własnej, powołam się na pewien przykład, niekoniecznie prawdziwy ( ale też niekoniecznie nieprawdziwy).
Do pewnego profesora prawa przybył wysokiego szczebla emisariusz partii politycznej i rozpoczął gadu gadu. Było sporo o sytuacji państwa, zamierzeniach partii (wówczas rządzącej), problemach politycznych i ustrojowych. Profesor życzliwie słuchał i potakiwał dobrotliwie, czasem ujął wynurzenia gościa w jakąś formułę prawną – wiedział w czym rzecz, bo oczywiście w takich sytuacjach najpierw ćwierkają wróble. Panowie zgodzili się co do poglądów na te czy owe abstrakcyjnie ujęte zagadnienia, wreszcie gość zapytał, czy profesor zgodziłby się kandydować na sędziego Trybunału. Profesor grzecznie udał zaskoczenie, krygował się trochę, rzucił coś o wdzięczności za zaufanie i wyraził zgodę.
Po pożegnaniu gościa profesor wyjął butelkę brandy, nalał sobie kieliszek, wzniósł go w stronę drzwi i rzucił – a pocałujże się w dupę, jeśli myślisz że moja wdzięczność wyjdzie poza konwenans.
Nie wiem, co myślał po tej rozmowie polityk. Być może słowa o wdzięczności brzmiały mu w uszach jak muzyka. Wszak w polityce jest zasada „kiedy król mnie pcha gdzieś wyżej, ja królowi dupę liżę, ale kiedy nie poliżę, to upadnę znacznie niżej”.
O ile posłuszeństwo partii jest warunkiem kariery polityka, to co ta partia może zrobić w pełni niezawisłemu sędziemu, gdy ten orzeka według swego rozumienia prawa, ale niezgodnie z oczekiwaniami partii– no co?
Czy wpłynie jakoś na jego karierę czy materialny byt?
Wydaje się, że obecnie jakaś partia chce postępować z sędziami TK jak ze swoimi politykami. Dlatego szuka dróg prawnych dla podważania ich wyborów, czy zmian do umocowania ich w samym Trybunale.
I to dopiero jest próbą upolitycznienia Trybunału, a nie wskazywanie kandydatur na sędziów przez tę czy inną partię



Komentarze
Pokaż komentarze (19)