Przypadkiem weszłam na stronkę, na temat planowanych na 2010 rok, polskich wypraw trekkingowych /dla amatorów, pod opieką profesjonalistów, himalaistów/ w góry wysokie. Można się wybrać na Annapurnę, Everest czy choćby Manaslu, na ok.20 dni. Kosztuje to mniej więcej: 5000 zł + 1400 USD.
I wtedy przypomniała mi się organizacja dawniejszych sportowych wypraw, które odbywały się pod egidą klubów wysokogórskich. Najpierw zarząd i reszta koleżeństwa, typowali ze swego grona grupę szturmowo-wyprawową. Później trzeba było na wyjazd zarobić, bo PZA nie był w stanie sfinansować wszystkiego. Ponieważ polskie normy długo nie uwzględniały alpinistycznych robót na wysokościach, można było poetycznie tworzyć kosztorysy. Następnie firma, która była chętna na oferowaną usługę, zatwierdzała jej wykonanie. Przystępowano do robót, takich jak: malowanie kominów, silosów, olkitowanie budynków itp.
Na wyprawę, z Polski, zabierano prawie wszystko, aby na miejscu nie wydawać tych kilku dolców, które brano na konkretne rzeczy, jak np. przejazdy. Ciągnięto ze sobą nawet wędliny i puszki mięsne, które cudem załatwiano w okolicznych zakladach mięsnych, na pisemny wniosek z klubową pieczątką. Udawało się, bo miagia gór, działała, również na zawiadujących firmami socjalistycznymi. Trochę, z tego dobra wszelkiego, zostawało dla rodzin, jako drobna rekompensata za miesiące rozstań.
Powroty były bardzo intensywne, a zdarzało się też, że góry w tym okresie były "sprawczyniami" wielu ciąż.
Nie wszyscy, jednak wracali. Wanda Rutkiewicz zaginęła na stokach Kanczendzongi, Andrzej Heinrich zginął pod lawiną na zboczach Everestu /ta śmierć mnie najbardziej zaskoczyła, bo on nigdy nie szedł na wariata/, Eugeniusz Chrobak zginąl pod Everestem i INNI.
Dziś z Wielkich czynni są m.in. Krzysztof Wielicki i Ryszard Pawłowski /pamiętam mu, że kiedyś w skałkach, wmawiał mojemu psu, iż ten jest kotem/.
"Nie wszyscy wielcy już przestali grać, choć powiał wiatr pogodą dla bogaczy".
Inne tematy w dziale Rozmaitości