"A wszystko było tak,
jak gdyby dla nas film,
nakręcał ktoś o zimie,
w ogromnych płatkach śnieg
i mrok wraz z nami biegł,
do wynajętych drzwi."
"Zakopane, Zakopane,
trzy, może nawet cztery dni..."
Zasypało na biało. Narciarze się cieszą. Pamiętam, bowiem zimy, gdy śniegu było, jak na lekarstwo nawet na "świętej górze" dla narciarzy, Kasprowym Wierchu. A zmierzyć się z nią, to dla każdego jeżdżącego wyzwanie.
Gdy po "raczkowaniu" narciarskim, na oślej łączce przy Betlejemce, na Hali Gąsienicowej, wreszcie stanęłam na Wierchu, aby nie schodzić, lecz zjeżdżać, była mgła i widoczność zerowa. Moi znajomi chcieli zjechać w Goryczkową /trudniejszy zjazd/, więc ja też "pisałam" się na to. Zaczęłam całkiem zgrabnie, ale po kilku zakrętach leżałam. To powtarzało się jeszcze kilkakrotnie. Wykonywałam, przy tym bardzo efektowne figury. Tak było do nartostraty, zjazd nią do Kuźnic, to już był banał. Na dole, od pewnego doświadczonego narciarza, usłyszałam słowa podziwu dla mego samozaparcia.
Nadszedł nastepny dzień i miałam swój heroiczny wyczyn powtórzyć. Była "lampa", bezchmurne niebo i cudowna widoczność. Zgroza. Dopiero wtedy do mnie dotarło, cóż ja uczyniłam, poprzedniego dnia. Nogi mi się trochę ugięły, ale trzeba bylo robić dobrą minę do złej gry. Gdy ruszałam, jakiś "zyczliwy" rzucił mi jeszcze: Jedź, góry potrzebują ofiar".
Zjechałam bez jednego upadku.
Ot, początki mojego białego szaleństwa.
Inne tematy w dziale Rozmaitości