Wczoraj wyczytałam, że USA i Wielka Brytania rozważają możliwość przeprowadzenia interwencji zbrojnej w Syrii. Podobno została przekroczona "czerwona linia", bo strona rządząca użyła przeciwko rebeliantom broni chemicznej. Możliwe, choć całkiem niedawno można było wyczytać, że to ci rebelianci jej użyli.
Wojna domowa w Syrii trwa już ponad 2 lata i pochłonęla ok. 100 tys. ofiar. I początkowo wydawało się, że jest ona spontanicznym odruchem na powstania, jakie wybuchały - kolejno - na Północy Afryki. Dziś, to nie jest już takie pewne i wygląda raczej na rebelię sponsorowaną, taką w rodzaju libijskiej. Zresztą, gdy w czwartek stanął przed amerykańską - senacką - komisją ds. sił zbrojnych ich zwierzchnik, gen. Martin Dempsey i jako jeden ze senariuszy ewentualnej interwencji podał ustanowienie strefy zakazu lotów nad Syrią, co miałoby pomóc rebeliantom w ich działaniach, to analogia z wydarzeniami wokół Libii sama się narzuciła.
A dlaczego teraz ma nastąpić przyspieszenie...? Podobno siły wierne Baszarowi el-Asadowi zaczynają odzyskiwać utracone pozycje. I teraz "ktoś" na tym mógłby stracić, a władował już sporo kasy w broń - w tym w pewien rodzaj wyrzutni... - jakimś cudem dostarczoną rebeliantom. I nic to, że i terroryści z Al-Kaidy podwiesili się pod tych "powstańców", póki co są do wykorzystania. Ot, "moralność".
Czasami - w różnych miejscach - można też wyczytać komentarze, że w Syrii giną ludzie, a Europa patrzy i nie interweniuje. Tylko, którą ze stron miałaby wspomagać: rządową, czy tę z Al-Kaidą? Nie można dawać z siebie robić pożytecznego idioty, gdy rozgrywający, tak ci w Syrii, jak poza nią, piorą tam swoje interesy.
A ofiary? Smutne, ale wliczone są w koszty tych gierek i gracze specjalnie się nimi nie przejmują.
Inne tematy w dziale Polityka