Sejm nie przyjął wniosku SLD i SP o odrzucenie projektu noweli do ustawy o finansach publicznych. Stanowisko i głosowanie opozycji było do przewidzenia, ale - mimo wszystko - trudno było zakładać, że trzej posłowie Platformy /Gowin, Godson i Żalek/ wstrzymają się od głosu i tym samym nie wesprą poczynań rządu, który ich własne ugrupowanie współtworzy. A przecież nie chodziło o sprawę światopoglądową. A zatem, była to zwykła gra polityczna.
Jarosław Gowin od dłuższego czasu stara się odgrywać wiodące skrzypce w Platformie. Od okresu ministrowania, ujawniła się u niego też duża chętka na władzę. Tyle, że wielu kolegów do siebie nie przekonał. Jednak na szefa partii zapragnął wystartować i swoją kandydaturę zgłosił.
Gowin zaczął też namawiać premiera Tuska - drugiego kandydata na szefa - aby ten zgodził się na wewnątrzpartyjną, lecz publiczną - wspólną - debatę. Premier się zastanawiał, a po dzisiejszym braku lojalności w głosowaniu, powiedział : nie. I słusznie, bo sprawy partyjne lepiej jest rozstrzygać we własnym gronie, miast wychodzić z nimi przed kurtynę. Wybór szefa partii, to nie wybory prezydenckie kraju, gdzie taka debata ma swoje uzasadnienie.
Gdy dziś patrzę na sytuację polityczną Jarosława Gowina, to przypominam sobie ciąg wydarzeń z dzisiejszym politykiem Platformy, a kiedyś Socjaldemokracji Polskiej, Bartoszem Arłukowiczem. Miał on wtedy przerost ambicji i chciał koniecznie zostać szefem partii i to w pierwszej turze wyborów. Ponieważ nie otrzymał, aż tylu głosów, aby tak się stało i wymagana była druga tura... to wyszedł do mediów, oskarżając kolegów o fałszerstwo wyborcze. Skończyło się to dla niego pożegnaniem z partią i przytuliskiem w klubie parlamentarnym SLD. Jednak jego kariera polityczna uległa spowolnieniu i nie zmieniło tego nawet zakotwiczenie się w Platformie, ponieważ już nie mógł gwiazdorzyć, bo rzucono go na jeden z najtrudniejszych resortów /zdrowia/, gdzie musi mocno się "gimnastykować", więc na podkopy nie ma już czasu.
Możliwe, że do wyborów w Platformie, Jarosław Gowin będzie w niej tkwił. Ale po - prawdopodobnie - przegranych wyborach, albo sam ją opuści, albo też koledzy mu w tym pomogą. A jak przegra, to nie będzie mógł już obnosić się z miną pokrzywdzonego. W końcu sam chce poddać się partyjnemu osądowi.
Inne tematy w dziale Polityka