Władze Ukrainy skrewiły i nie podpisały umowy stowarzyszeniowej z UE. I chyba można było przewidzieć taki obrót sprawy, ale niektórzy - jednak - liczyli na cud.
Trudno powiedzieć, czy rządzący, jak i inni obywatele Ukrainy, są gotowi na reformowanie kraju, a także - na początku - na jeszcze większe zaciśnięcie pasa, ponieważ owe zmiany musiałyby kosztować Ukraińców /wg różnych ekspertów/ ok. 150 mld euro. A dopiero po wstąpieniu do UE, mogłyby na Ukrainę płynąć z niej fundusze. Niby mówiło się o jakimś ekonomicznym pakiecie pomocowym, ale było to dosyć enigmatyczne.
A z drugiej strony mamy Rosję, która jest gotowa Ukrainie umorzyć długi, obniżyć cenę gazu i nawet wpompować tam trochę swojego grosza. To mocne karty, które pozwalają na utrzymanie obecnego politycznego systemu Ukrainy.
Ukraina to kraj rządzony przez oligarchów, w tym tzw. "Rodzinę", czyli ludzi związanych z prezydentem Janukowyczem. Oni się bogacą /patrz starszy syn prezydenta - Oleksandr - który w rok podwoił swój majątek i stanowi on teraz wartość ok. 200 mln dolarów/ i luksusowo sobie żyją. Jest też mafia, która zbiera haracze np. od drobniejszych przedsiębiorców, a jak ktoś nie chce płacić, to może i stracić życie. Tak było z bratem i bratową znajomej intruktorki jogi, która mieszkała w Polsce i bała się jechać na Ukrainę, nawet na pogrzeb swoich bliskich. Sa też ludzie bardzo biedni, którzy już nie mają co zaciskać, jak i nie ma co im zabrać, więc wszystko im jedno, kto będzie miał wpływy w ich kraju.
A co wynikałoby dla Polski z przybliżenia Ukrainy do UE? Pewnie odsunięcie wpływów Rosji od naszej wschodniej granicy. Tylko, czy sceptycy wobec Unii, którym zawsze mało, a teraz tak ochoczo chcący Ukrainę do niej wciągać, potrafiliby np. kiedyś zrezygnować - dla sąsiada - z części przydziału naszych funduszy unijnych?
Inne tematy w dziale Polityka