Mijają kolejne tygodnie serialu pt. "Nergal w TVP" i mamy nową odsłonę tego wątpliwego spektaklu. Po słynnym liście bpa Meringa, jeszcze słynniejszych okładkach i wywiadach szykanowanego Adama Darskiego, w charakterystyczny dla siebie sposób głos zabrał ks. Adam Boniecki (http://www.tvn24.pl/0,1717750,0,1,ks-boniecki-reakcja-kosciola-ws-nergala-za-mocna,wiadomosc.html). Nawet w "Pudelku" zrobiło się gorąco - ksiądz poparł Nergala - głosił tytuł newsa.
Oczywiście całość wypowiedzi byłego redaktora "TP" jest wielowątkowa, Boniecki mówi m.in. o tym, że aby być satanistą trzeba najpierw wierzyć w Boga i Szatana, Nergal natomiast "piekielną" retorykę traktuje podobnie jak sofiści uprawianie polityki. Chyba jednak nie to, ale odwołanie do gry wyborczej zabolało bpa Wiesława Meringa, do tego stopnia, że wystosował kolejny list - tym razem zwrócony bezpośrednio do ks. Bonieckiego (http://www.diecezja.wloclawek.pl/pl/news/20,aktualnosci/265,list-otwarty-bp-wieslawa-meringa-do-ks-adama-bonieckiego-redaktora-seniora-tygodnika-powszechnego).
Czytamy w nim m.in.: " Po roku 1989 TP stał się inny; Jego nowy Redaktor Naczelny – też; aż pismo stało się niszowe, niskonakładowe, przeznaczone dla dobrze o sobie myślących elit. Boleję nad tą ewolucją, do której się Ksiądz Redaktor bardzo przyczynił. To na łamach Księdza pisma pojawiały się nazwiska takich „autorytetów” jak Magdalena Środa (córka prof. Ciupaka, marksisty i „religioznawcy” z czasów PRL), ks. Tomasz Węcławski (ileż się „Znak” natrudził w promocji jego książek), Stanisław Obirek...".
Powoli zarysowuje się sedno konfliktu, bp Mering nie godzi się na intelektualne gierki i inne sofistyki. Medium katolickie w jego oczach traci swój mandat kiedy przygarniania na łamy obce ideowo "autorytety". Według włocławskiego hierarchy, podobne rzeczy nie miały miejsca w komunistycznych latach "Tygodnika", zapominając chyba przy tym, że od swego zarania "TP" był przez jednych ganiony (patrz choćby listy Wojtyły do Turowicza z lat 60.) a innych chwalony za otwartość i niezamykanie swoich łam dla niekatolików (np. sprawa Antoniego Słonimskiego).
Dalej biskup gra już w otwarte karty "Widocznie bliżej było Księdzu Redaktorowi do tych „światłych” niż do „moherowych” (do których siebie z satysfakcją zaliczam)". Mamy zatem klasyczny konflikt na linii Kościół otwarty vs "oblężona twierdza". Moher stał się w oczach purpurata powodem do dumy i jak sam podkreśla - spuścizną po kardynale Wyszyńskim, który niejednokrotnie mawiał, że w czasach kryzysu to nie elita nadstawi pierś za katolicyzm, ale tzw. "prosty lud".
Bp Mering kończy mocnym akcentem: "Nie widzi Ksiądz związku między Nergalem jako satanistą i jako jurorem? Proszę zatem zafundować sobie badania okulistyczne i nie szerzyć zamętu w umysłach wiernych opowiadając schizofreniczne tezy".
Recepta jest prosta - powrót do Ewangelicznego „Tak, tak – nie, nie!” i jasne opowiadanie się za prawami katolików w mediach. Coś się jednak w tym "dialogu" dwóch kapłanów zachwiało. Nie rozumiem języka obu z nich. Dlaczego stawia się nas w sytuacji wyboru pomiędzy wiecznie widzącym drugie (polityczne) dno episkopatu ks. Bonieckim, a bpem Meringiem z jego listami pełnymi świętego oburzenia. W polskim Kościele jak zwykle centrum nie istnieje. Nergal to nic nowego pod słońcem, historia zna nie takich obrazoburców i bardziej inteligentni od niego "podnosili nas z kolan". Środowiska się polaryzują, wybory idą, ptaki odlatują do ciepłych krajów.



Komentarze
Pokaż komentarze (10)