Kiedy oglądałem wczorajszy program Tomasza Lisa, przypomniała mi się pewna historia. W 1977 roku popularny dziennikarz David Frost zasiadał do serii wywiadów z byłym już prezydentem USA Richardem Nixonem. Napięcie było zrozumiałe - scenariusz stanowił ustępstwo w stronę Nixona, który zamierzał oczyścić publicznie swoje imię i ukazać prawdziwą rolę w aferze Watergate.
To miała być dla doświadczonego polityka igraszka, Frost znany wcześniej z programów rozrywkowych nie stanowił w jego oczach intelektualnego wyzwania. Przez pierwsze dni wszystko zdawało się sprzyjać Nixonowi - dominował, śmiał się, pozował na dobrego ojca i polityka który nie boi się ryzyka aby bronić interesów Ameryki. Przyszedł ostatni dzień nagrań i rozmowa o Watergate. To wtedy stało się coś przełomowego, miało miejsce wydarzenie, które przeszło do historii dziennikarstwa - paradoksalnie nie były to jedynie słowa byłego prezydenta. O czym mowa? O apatycznym wyrazie twarzy, kiedy Nixon został przyparty do muru serią sprytnie sformułowanych pytań; o jego pustym spojrzeniu które wyrażało więcej niż sama przegrana.
Dlaczego o tym piszę w kontekście "debaty" Kaczyński-Lis? Bo tylko to z niej zapamiętam. Zaciśnięte zęby, zmęczoną twarz prowadzącego, wszystko czego nie można ukryć pod chłodnym tonem głosu.
W tym przypadku role się odwróciły.



Komentarze
Pokaż komentarze (8)