Mieliśmy w debacie publicznej krzyż, in vitro i trawkę - przyszła pora na śmierć. Do tanich chwytów ucieka się prezes Jarosław Kaczyński, a na grubą kpinę zakrawają argumenty których używa w swojej nowej krucjacie o przywrócenie „najwyższego wymiaru kary”. Z jednej strony można go zrozumieć – otoczony postpolityczną platformą, rządną władzy ateistyczną lewicą – odwołuje się do najprostszych instynktów, aby ratować tonący statek Prawa i Sprawiedliwości. Nie będę ukrywać, przez lata głosowałem na PiS, bo męczy mnie Platforma, która nie ma własnej twarzy i socjaliści, którzy stale zakładają cudze maski. Coś się jednak zmienia i boje się, że nie będzie od tego odwrotu.
Kiedy ktoś gra kartą Kościoła i używa jej instrumentalnie w tak delikatnej sprawie jak wyrok śmierci – traci moje zaufanie, i obawiam się, że również zaufanie tysięcy racjonalnie myślących wyborców. Co otrzymuje w zamian? Głosy radykałów, marginalnych środowisk dla których rozwiązanie problemu przestępczości leży w zastrzyku z chlorku potasu. To równia pochyła dla polskiej prawicy a liczenie na „konserwatywnego” ministra Gowina udowadnia, że PiS nie tylko nie zna się na nauce Kościoła, ale i nie rozumie pojęcia „konserwatyzm”.
Skończmy na chwilę z publicystyką – teraz konkrety. Prezes mówi, że jako praktykujący katolik nie widzi żadnych powodów, które przemawiają przeciwko karze śmieci. Oto kilka cytatów z Katechizmu Kościoła Katolickiego:
Kiedy tożsamość i odpowiedzialność winowajcy są w pełni udowodnione, tradycyjne nauczanie Kościoła nie wyklucza zastosowania kary śmierci, jeśli jest ona jedynym dostępnym sposobem skutecznej ochrony ludzkiego życia przed niesprawiedliwym napastnikiem.
Jeżeli jednak środki bezkrwawe wystarczą do obrony i zachowania bezpieczeństwa osób przed napastnikiem, władza powinna ograniczyć się do tych środków, ponieważ są bardziej zgodne z konkretnymi uwarunkowaniami dobra wspólnego i bardziej odpowiadają godności osoby ludzkiej.
Istotnie dzisiaj, biorąc pod uwagę możliwości, jakimi dysponuje państwo, aby skutecznie ukarać zbrodnię i unieszkodliwić tego, kto ją popełnił, nie odbierając mu ostatecznie możliwości skruchy, przypadki absolutnej konieczności usunięcia winowajcy "są bardzo rzadkie, a być może już nie zdarzają się wcale". (KKK 2267)
A poniżej argument Mariusza Błaszczaka, który wypowiedział w studiu TVN 24:
Człowiek sądzony w procesie w Łodzi (zabójca działacza PiS w biurze partii w Łodzi) był świadomy swoich czynów. Teraz twierdzi, że w więzieniu będzie miał wikt i opierunek. A kara śmierci by odstraszała.
To już nie jest zwykła nieznajomość faktów, ale galopująca ignorancja, którą w tej sprawie wykazuje się klub Prawa i Sprawiedliwości. Kościół absolutnie wyraźnie ogranicza karę w śmierci we współczesnych czasach do przypadków ekstremalnych, z którymi nie mamy już właściwie do czynienia. Podkreślmy to jeszcze raz - nie chodzi o ogrom zbrodni popełnionej przez skazanego, ale ewentualne niebezpieczeństwo dla społeczeństwa, w sytuacji w której pozostałby żywy. Z drugiej strony cała bogata literatura socjologiczna i psychologiczna dawno podważyła tezę o argumencie z „odstraszania” potencjalnego mordercy przez wzgląd na ostateczny wymiar kary. Jeśli chce się reformować sądownictwo i przywrócić wiarę w praworządność, należy się zając nieuchronnością kary a nie jej wymiarem. Oczywiście na tym polu jedyne rezultaty osiąga się sumienną pracą a nie zabijaniem ludzi.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)