Jeszcze do wczoraj większość z nas żyła w błogiej internetowej nieświadomości. Poza nieliczną grupą aktywistów, prawie nikt nie umiał rozszyfrować skrótów ACTA, SOPA, PIPA. W Stanach Zjednoczonych alarm podniesiono znacznie wcześniej. Kontrowersyjny projekt ustawy, która w zamierzeniu powinna chronić prawa autorskie, według jej przeciwników stanowi pierwszy krok do aktywnej cenzury internetu. Postanowiono działać. Co ważne, grono oponentów to nie tylko zdesperowani studenci, którzy boją się odcięcia od darmowych filmów i muzyki. Prawie wszystkie sieciowe tuzy stanęły murem przeciwko SOPA. Są wśród nich Google, Wikipedia, Facebook, Yahoo!, eBay, Mozilla, a lista jest jeszcze długa.
Od teraz, za sprawą planowanego na 26 stycznia podpisania międzynarodowego porozumienia w sprawie ochrony praw autorskich w sieci (ACTA), również Polska stała się terenem działań najmłodszej z dotychczasowych rewolucji. Jeśli w jedną noc zorganizowana grupa blokuje serwery najważniejszych stron rządowych w kraju, faktycznie mamy do czynienia z czymś więcej niż tylko aktem wandalizmu. Nie bez powodu, znana ostatnio choćby ze sprawy ks. Bonieckiego organizacja Anonymus, na swoim Twiterze napisała: „The Polish revolution is now beginning”. Jedno nie ulega wątpliwości, rządy zagrożonych atakami krajów już od jakiegoś czasu szykują się na wymianę ciosów. Raptem w zeszłym roku prezydent Bronisław Komorowski podpisał nowelizację do ustawy, która pozwala m.in. na wprowadzenie stanu wojennego w razie zagrożenia cyberprzestrzeni. Sprawdzian faktycznego przygotowania do stanu wyjątkowego przyszedł wcześniej niż można się było spodziewać. Kiedy piszę te słowa, nadal nie działa strona Kancelarii Premiera.
Pod koniec XVIII wieku, wolność wiodąca lud na barykady miała twarz kobiety. Wygląda na to, że dzisiaj założyła maskę. Czy tego chcemy czy nie, wynik tego starcia będzie miał wpływ na nas wszystkich. Może pora na czyny?



Komentarze
Pokaż komentarze (1)