Wraz z postępującym kryzysem Kościoła, coraz częściej w dyskusjach powraca postać arcybiskupa Lefebvre’a. Według niektórych środowisk jego postawa, zwana integryzmem, stanowi panaceum na całe zło, które rozlało się na Kościół po Soborze Watykańskim II. Banalizacja liturgii, obdzieranie katolicyzmu z powagi a polityki z elementów sacrum. To tylko niektóre z zarzutów formułowanych przez zwolenników francuskiego duchownego.Wielu z nich, również w Polsce, stawia go za przykład błądzącej, ale jednak heroicznej postaci, która w czasach powszechnej laicyzacji i permisywizmu walczy o dobre imię Tradycji. Na kanwie dyskusji Cenckiewicza i Terlikowskiego czyni to również Jan Filip Libicki.
Owszem, swoim życiem abp Marcel Lefebvre dowiódł, że potrafi być oddany ideałom, niekoniecznie jednak przemawia to za ich prawdziwością. Oczywiście zdaje sobie sprawę z powagi i wielowątkowości tematu, ale sprowadzanie go do walki z Nowym Rytem Mszy, albo zbyt rozpasanym ekumenizmem zaciemnia sedno sprawy. Nie były to bowiem najważniejsze postulaty Lefebvre’a, a tylko ich wypunktowanie pozwoli zrozumieć niebezpieczeństwo opowiadania się po stronie Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X. Moim zdaniem objawia się ono głównie na styku rozumienia polityki i misji Kościoła, które u arcybiskupa Dakaru nieustannie się przenikają. Urzeczywistniony integryzm to zerwanie z demokracją na rzecz tzw. „demokracji nieliberalnej”.
Pisze francuski hierarcha: „Przyznaję, że nieliberalna demokracja jest gatunkiem rzadkim, ale nie jest to dziś jeszcze całkiem jakiś próżny kaprys, jak to wykazuje przykład republiki Chrystusa Króla w Ekwadorze, za czasów Garcia Moreno (…)”.
Jej cechami charakterystycznymi okazuje się inne niż standardowe, rozumienie najwyższej władzy ludowej. Państwo przyjmuje postać quasi-monarchii, w której władza znajduje się w rękach ludu, ale nie z pochodzenia, ani nie w ostatecznym celu. Konsekwencją takiego ustroju okazuje sprawowanie rządów nie przez bezkształtne masy, ale przez organy przedstawicielskie, rozumiane jako: „(…) głowy rodzin, chłopi, kupcy, przemysłowcy i robotnicy, wielcy i mali właściciele, wojskowi i urzędnicy, zakonnicy, księża i biskupi (…).”
Tym samym Lefebvre legitymizuje udział kleru w czynnej polityce państwowej, nie wyłącza go z biegu życia publicznego. Wobec boskiej genezy władzy, rządzący ponoszą odpowiedzialność za swoje błędy najpierw, i przede wszystkim przed Bogiem. Stapianie się porządku sakralnego i świeckiego musi w konsekwencji doprowadzić do stworzenia konstytucji inspirowanej prawami bożymi i dekalogiem. Ostatnią i najważniejszą konsekwencją ustanowienia demokracji nieliberalnej staje się zasada mówiąca, że:
„<<Wola ogółu>> jest nieważna, jeśli stoi w opozycji wobec praw Bożych. (…) Demokracja nie jest świecka, lecz otwarcie chrześcijańska i katolicka. Jest zgodna ze społeczna doktryną Kościoła dotyczącą własności prywatnej, zasadą uzupełniania, a edukacja pozostaje troską Kościoła i rodziców, itd...”
Tak oto Marcel Lefebvre, oskarżający liberalizm o budowanie „państwa obozu koncentracyjnego”, posuwa się do przedstawienia projektu zastąpienia demokracji ustrojem, w którym pewna część społeczeństwa (wyznania inne niż katolicyzm, oraz osoby nierespektujące norm dekalogu) zostaje wyłączona z czynnego życia politycznego.
Jak widać choćby po tym krótkim fragmencie, integryzm to nie tylko problem „ładnej liturgii”, ale również konkretna wizja polityczna, na którą po prostu nie można się godzić. Nie posądzam posła Libickiego o niewiedzę, albo złe intencje. Jeśli jednak sympatyzuje się z nauczaniem Lefebvre’a, trzeba je przyjmować z całym inwentarzem.
Dla zainteresowanych zapraszam do artykułu, w którym szerzej omawiam poruszoną kwestię.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)