W jakimś sensie zrobiliśmy zupełnie odwrotnie niż USA po śmierci Kennedy’ego. I co najgorsze, sami sobie jesteśmy winni. Żaden kraj, który z pogardą patrzy w przeszłość oraz gra pamięcią ofiar tragedii, nie zasługuje na wielkość.
John Fitzgerald Kennedy jest obecnie uznawany za jednego z najpopularniejszych prezydentów Stanów Zjednoczonych. Przez lata po jego śmierci umiejętnie kreowano mit młodego i dynamicznego człowieka, z piękną żoną u boku, który stał się twarzą imperialnej Ameryki. Choć nigdy nie należał do geniuszy polityki, wiedział, co mówić i jak się uśmiechać, aby naród go kochał, a prasa i telewizja były na skinienie palca. Jego przeszłość nie należała jednak do najbardziej chwalebnych. Już podczas działalności w senacie w kuluarach nazywano go „wiecznym kawalerem i podrywaczem”, niezdolnym do podejmowania odważnych decyzji. Książka Profiles in Courage, za którą otrzymał nagrodę Pulitzera, w rzeczywistości była efektem pracy jego 12 lat młodszej żony Jacqueline oraz grona zawodowych historyków, którzy zbierali materiały.
Pomimo tego zachwycał luzem - był przystojny i medialny. W 1960 r. podczas debaty z Richardem Nixonem oczarował publiczność i nie wypuszczając przewagi z rąk, wygrał wybory. Już w pierwszych dniach prezydentury bez żadnych wyraźnych podstaw tygodnik „Time” okrzyknął go „Człowiekiem roku”. Jak na ironię, kilka tygodni później w kompromitującej akcji amerykańskie wojska i współpracujący z nimi Kubańczycy ponieśli klęskę w Zatoce Świń. W tym samym czasie na domiar złego ZSRR upokorzyło Stany Zjednoczone udanym startem pierwszego sputnika. Kennedy umiał się jednak wziąć w garść - ogłosił spektakularny program kosmiczny, którego celem było umieszczenie człowieka na Księżycu. W taki sposób został ojcem chrzestnym programu „Apollo”. Niemniej jego ryzykowna gra podczas Kryzysu Kubańskiego, kiedy ważyły się losy III Wojny Światowej, mogła postawić Chruszczowa pod ścianą i spowodować trudne do przewidzenia konsekwencje.
Prezydentura Kennedy’ego po dziś dzień jest tematem sporu historyków. Choć ustanowił niewątpliwie szczytny u swoich podstaw Korpus Pokoju, jednocześnie zwiększył zaangażowanie militarne w Wietnamie. Przed tragiczną śmiercią w 1963 roku, Kennedy uwikłał się w romans z Marylin Monroe. Niektórzy twierdzą, że zaszedł na skórę mafii oraz powiązanej z nią amerykańskiej finansjerze i dlatego musiał zginąć. Abstrahując od kontrowersji, szybko stał się idolem Ameryki. W latach 60. jak grzyby po deszczu powstawały szkoły i fundacje im. Kennedy’ego, z godnością starano się upamiętnić jego dziedzictwo. Oddając mu hołd, amerykanie instynktownie budowali politykę sukcesu, zapominając o potknięciach, a ceniąc przede wszystkim godność prezydencką samą w sobie.
Dlaczego o tym piszę? Wielkimi krokami zbliża się rocznica Katastrofy Smoleńskiej a z nią przychodzą wszystkie polskie demony. Ciepłe zdjęcia pary prezydenckiej publikowane przez media w pierwszych dniach żałoby dawno zastąpiły artykuły często bardziej zjadliwe, niż za życia Kaczyńskiego. Z dziwną perwersją niektóre media rozdrapują niezabliźnione rany i na własne życzenia przegrywają bitwę o pamięć. Oczywiście nie trzeba na siłę szukać analogii między obiema historiami, ale nie ulega wątpliwości, że (z często niesłusznej) dumy Amerykanów możemy wyciągnąć cenną lekcję.
Tymczasem zamiast skupienia, wyważonych słów i wspólnej narracji, kolejne rocznice będą nas coraz bardziej dzielić. Tylko w takim kontekście umiem czytać wywiad Torańskiej z Bielanem w „Newsweeku” i artykułu Roberta Krasowskiego w „Polityce”. Na domiar złego ten ostatni tekst, zachowując się jak rasowy propagandzista a nie Minister Spraw Zagranicznych, na swoim oficjalnym Twitterze przesyła dalej Radosław Sikorski.
Jeśli w podobnych chwilach czołowe polskie tygodniki opinii i gro polityków stać jedynie na historie o „mlaskaniu” polskiego prezydenta i słowa, że „Nawet po śmierci, Lech nie jest bytem osobnym, nadal jest bliźniakiem”, to w prostej linii oznacza świadome działanie na szkodę państwa.
Oczywiście zaraz posypią się komentarzem, że krytyka nigdy nikomu nie szkodzi jeśli jest słuszna, a jej ewentualne ucinanie argumentem o szkodliwości jest po prostu niepoważne. Proszę pozwolić, ale odwrócę pytanie. Czy poważnym jest twierdzić, że: „Donald Tusk zrezygnował z walki o nią (prezydenturę). Bo po Kaczyńskim fotel prezydenta stracił polityczną wartość”, albo, że: „On (Lech Kaczyński) naprawdę chciał dużo Polsce dać. Jednak niczego jej dać nie potrafił”?
Z pamięcią o Lechu Kaczyńskim walczy się kpiną i resentymentem. Bojąc się Polski o którą zabiegał, z powrotem robi się z niego kaczora. Zamiast oddawać hołd urzędowi, kompromituje się fotel prezydenta jako mało istotny, bo ten, który w nim zasiadał, uczynił go podnóżkiem premiera.
W jakimś sensie zrobiliśmy zupełnie odwrotnie niż USA po śmierci Kennedy’ego. I co najgorsze, sami sobie jesteśmy winni. Żaden kraj, który z pogardą patrzy w przeszłość oraz gra pamięcią ofiar tragedii, nie zasługuje na wielkość.



Komentarze
Pokaż komentarze (7)