Laureat świętując lata spokoju, które zaoferował jego gabinet, wspomniał mimochodem o nowym froncie wewnętrznej zimnej wojny. Tej polsko-polskiej rzecz jasna. Poza tym naród podpisuje się pod linią partii. Obiema nogami. Uciekając do Anglii i na inne egzotyczne wyspy. Dlatego, że kocha niepokój i ciągnie go do ryzyka, którego w Polsce brak.
Zostałem dzisiaj „obudzony o świcie” przez panów, o 7:40 rano ścinających gałęzie. Naprawdę nie chciałem jeszcze wstawać, ale skoro się stało, trzeba było zrobić coś, aby nie zmarnować poranka. Jako, że jestem fanem Marka Koterskiego, pomyślałem o czającym się zewsząd absurdzie. Postanowiłem poświęcić mu kilka słów i odreagować stresy. I tak, spośród wielu odcieni absurdu serwowanych regularnie przez media i polityków, przynajmniej dwa domagają się osobnego omówienia. Pierwszy to taki, który w imię rozmachu i chęci nakreślenia totalnej wizji świata, rozmija się z nim, kończąc na własnym podwórku. Można śmiało powiedzieć, że bardziej irytuje niż obezwładnia. Jest w nim wewnętrzna logika uciśnionych i potrzeba emancypacji, wbrew głównemu nurtowi. Często tak bardzo jemu na przekór, że pod prąd zdrowego rozsądku. Np. na Zachodzie niektórzy twierdzą, że Amerykanie nigdy nie wylądowali na Księżycu. Owszem, osoby takie bywają czarujące, zdarzy się, że sięgają po „fakty”, ale w towarzystwie na ich nagabywania odpowiada się kwaśnym uśmiechem i odchodzi grzecznie po drinka. Na potrzeby felietonu tego typu absurd nazwijmy prosto – kwaśnym.
Drugi rodzaj natomiast paraliżuje, wydziela opary i jest jak „dziki gąszcz luster” z wiersza Eliota. Gdziekolwiek patrzymy, widzimy to samo zakrzywione odbicie. Albert Camus z szacunku dla głupoty o tej skali, nadał jej wyrafinowaną nazwę „La philosophie de l'absurde”. Przykład? Po dziś dzień istnieje w Stanach Zjednoczonych zrzeszające 3000 członków Towarzystwo Płaskiej Ziemi. Tak, chodzi o to, że Ziemia – ta Ziemia –, jest płaska. Po prostu. Nazwijmy go zatem absurdem totalnym.
Jeśli chodzi o absurd kwaśny, jego sztandarowym przykładem w Polsce jest np. lewicowość Ruchu Poparcia Palikota. Tanie, wystudiowane gesty, wyzywanie się od katolickich ciot i stopień postępu mierzony wskaźnikiem wykonanych aborcji. Elektorat o który się z pewną słusznością walczy, staje się rekwizytem w przepychankach politycznych. Nisza, którą zaniedbało SLD odbijana jest na naszych oczach w jazgotliwej przepychance twitterowo-parlamentarno-medialnej. Jest tu wyraźna potrzeba emancypacji i kierunek na totalną "reformę" polskości. Efekty jak na razie bardziej wirtualne niż realne, dlatego ten rodzaju absurd po prostu irytuje, zamiast przytłaczać.
Z drugiej strony równie kwaśny wydaje się absurd po prawej stronie sceny. Dwa wybuchy w których polegli zdradzeni o świcie. Jedyne wolne media jedynie prawdziwych Polaków. Nie ukrywam, że ideowo jestem blisko ludzi, którzy postanowili nie spocząć, dopóki nie wyjaśnią prawdy o Smoleńsku. Boje się tylko, że przez te dwa lata tak się zmęczyli, że zasługują na zmianę wart. Nie podoba mi się marsz, który krzyczy: „Precz z komuną!” w rocznicę pogrzebu pary prezydenckiej. Nie podobają mi się również ludzie, którzy pod Wawelem domagają się usunięcia krypty, tworząc ponuro-śmieszny happening. To jest właśnie niesmak za który odpowiadają kolejne środowiska napędzające spiralę wzajemnego wykluczania się z kręgu polskości. Absurd kwaśny, niezjadliwy i trudny do przełknięcia.
W przeciwieństwie do wcześniejszych przykładów, które mają jakieś quasi-racjonalne przesłanki, absurd totalny wydaje się natomiast kreacją bez aktora, gabinetem luster. W filozofii postmodernizmu mówi się o symulakrum, kopii bardziej realnej od oryginału, wobec której to, co prawdziwe zatraca rację bytu. Taką medialną kreację mamy właśnie przed oczami. Donald Tusk otrzymując kolejną nagrodę, po „Człowieku Roku Wprost”, stwierdził, że żarty w Polsce się skończyły. Podczas wręczenia „Krzesła Roku” (sic!), przyznawanego przez tygodnik „The Warsaw Voice”, w uzasadnieniu usłyszeliśmy, że należy się ono za "danie Polakom poczucia spokoju i bezpieczeństwa". Laureat świętując lata spokoju, które zaoferował jego gabinet, wspomniał mimochodem o nowym froncie wewnętrznej zimnej wojny. Tej polsko-polskiej rzecz jasna. Poza tym naród podpisuje się pod linią partii. Obiema nogami. Uciekając do Anglii i na inne egzotyczne wyspy. Dlatego, że kocha niepokój i ciągnie go do ryzyka, którego w Polsce brak.



Komentarze
Pokaż komentarze