Ostatnimi czasy, jak wspomniałem poprzednio, bardzo ostro krytykowany jest imperialistyczna polityka Stanów Zjednoczonych. Poprzednio zwracałem uwagę na jej tkwiące w czasach prezydentury Theodora Roosevelta. Swoisty wymiar tej polityce nadał jego następca Woodrow Wilson, o czym też poprzednio wspominałem. Chodziło mu mianowicie o wzbogacenie polityki ideologią. Miał to być swoisty mesjanizm USA pośród narodów świata, niosący im ustrój demokratyczny, ale w odróżnieniu od poprzedników, uważał Wilson, iż powinnością ameryki jest udzielanie pomocy wszystkim państwom chcącym ten system polityczny przyjmować. Warto tu wspomnieć, że gdy został on prezydentem to na pięć ówczesnych mocarstw trzy były monarchiami, w których władca uzurpował sobie pełnię władzy.
Oczywiście podpieranie imperialistycznej polityki ideologią nie było niczym nowym. W końcu wszystkie państwa europejskie prowadzące politykę kolonialną wspierały ją hasłami ucywilizowania pierwotnych mieszkańców podbijanych przez siebie terenów. Można powiedzieć, że była to bardzo szczytna argumentacja, przynajmniej jak na czasy schyłku XIX wieku.
Wracając jednak do polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych to warto zwrócić uwagę na to, iż hasła szerzenia demokracji na świecie, nie pozostały tylko hasłami, mającymi usprawiedliwiać ekspansjonizm amerykański. Dowód na to dostarczył nam cały XX wiek. W czasie, bowiem niespełna stu lat państwa ilość państw demokratycznych przerosła ilość państw totalitarnych bądź autorytarnych. Warto tu dać przykład chociażby Niemiec i Japonii. Nie wspominając o innych.
Europejczycy i Amerykanie mają zgoła inne podejście do usprawiedliwiania polityki przez ideologię. Wieki historycznych doświadczeń. Nauczyły nas z rezerwą podchodzić do górnolotnych deklaracji. Amerykanie natomiast takiego brzemienia historii nie nabyli. Dla nich szerzenie demokracji to szerzenie demokracji, a nie podporządkowywanie sobie danego państwa. Oczywiście trudno w to uwierzyć, co szczególnie widać na przykładzie interwencji w Iraku. Kiedy w Europie słyszy się takie hasła, to już mimowolnie pojawia się ironiczny uśmiech na twarzy. Pomimo ostatnich 50 lat, trudno europejczykom zrozumieć i w ogóle pojąć, iż ktoś może chcieć angażować się w konflikt bez szukania w tym swojej korzyści.
Myślę, że doskonale obrazuje to „czystość" Stanów Zjednoczonych. „Czystość", którą Europa utraciła w wyniku tysiąca lat ciągłych wojen prowadzonymi raz pod hasłami raz „chrystianizacji", dwa „równości, wolności i braterstwa" i w końcu w imię „socjalizmu" i „faszyzmu". Każda z tych idei, czy też może lepiej powiedzieć, że niemal każda z tych ideologii u swej podstawy była wzniosła, ale w ostatecznym rozrachunku miała służyć interesom określonej grupy, państwa czy organizacji.
Nie da się w krótkiej notce czy nawet w dwóch w pełni wyjaśnić historycznych zaszłości, które odbijają się dziś w takim a nie innym obliczu polityki międzynarodowej. Próbując zrozumieć dzisiejszy ideologiczny zapał prezydenta USA w prowadzonej wojnie w Iraku, trzeba się ginąć do źródeł, do czasów, gdy ta ideologia rodziła się do życia. W czasie niemal stu lat swego istnienia wilsonizm przyniósł światu nie wątpliwie wiele dobrego. Wystarczy spojrzeć chociażby na udział USA w dwóch wojnach światowych, w zimnej wojnie. Warto się jednak zastanowić gdzie ta idea szerzenia demokracji zaprowadzi świat? Ta wiara w demokracje opiera się na założeniu, że narody w przeciwieństwie do swych rządów nie chcą wojny. Czy jednak na pewno? Czy narody zawsze będą wybierać tą pokojową opcję? Te pytania stają się szczególnie aktualne w świetle wyborów w Palestynie, gdzie wygrało ugrupowanie odpowiedzialne za przeprowadzenie wielu zamachów, lub też, jeśli spojrzymy na wybory w Iranie, gdzie również wygrał islamski fundamentalista. Czy świat takie wybory ma akceptować? To trudne pytanie, z którym nie wątpliwie musi się zmierzyć administracja prezydenta Stanów Zjednoczonych, a z którym jak widać ma wiele kłopotów.



Komentarze
Pokaż komentarze