Czy zastanawialiście się kiedyś, co czyniło, co sprawiało, że pewni ludzie patrzyli dalej, widzieli więcej? Co sprawiało, że niektórzy potrafili swoja wizją zarazić innych i ciągnąc ich w jej realizacji po krańce świata, po krańce wiary i nadziei? Co kazało im dążyć do realizacji raz ujrzanej wizji? Co sprawiło, że niektórzy byli nad - ludźmi?
Historia pełna jest takich Wielkich osobistości, którzy zdają się wyrastać niczym oaza na pustyni dziejów. Każdy z nich wywarł piętno na swoich czasach, każde te pitno trwa do dziś. Począwszy od wyprawy Aleksandra Wielkiego i zmieszania greckiej kultury, ze wschodnimi wierzeniami, aż po obłąkańcze wizje Adolfa Hitlera i Józefa Stalina i próby realizacji tych wizji.
Właśnie, Hitler i Stalin. Co z nimi począć? Ich osoby zmuszają do redefinicji „wielkości". Zazwyczaj mówiąc o kimś „wielki" mamy na myśli jego pozytywny dorobek. Gdy mówimy Aleksander Wielki, to nie myślimy o ofiarach, które poświęciły swe życie realizując jego cele. Tak samo z wszystkimi kolejnymi „wielkimi". Hitler i Stalin w tym towarzystwie pewnie budzą największe emocje. To chyba jedyni „wielcy", których najchętniej byśmy wykreślili z naszej historii. Ich „dzieła" pominęli milczeniem, a czasy zapomnieli. Ale tak się nie da. Tak już się stało, że dwaj ci ludzie w ubiegłym wieku zarazili swoje narody (może raczej nie swoje no, ale dla uproszczenia) wizją innego świata. Pociągnęli je do realizacji tych wizji. Dlatego uważam, że mimo wszystko należy się im miejsce w panteonie „wielkich" chociażby jako przestroga na przyszłość, że „wielkość" prócz wiecznej chwały, może zwiastować także wieczne potępienie.
Dobrze, ale opuścimy ten trochę grząski grunt, jakim nie wątpliwie jest wielkości i wróćmy do meritum. Mianowicie do pytania, co takiego sprawiło, że do dziś pamiętamy o Aleksandrze Wielkim, Cesarze, Jezusie, Karolu Wielkim, Piotrze I, Ludwiku XVI, Napoleonie, Fryderyku II, Katarzynie II, Bismarcku, Wilsonie, Roosevelcie i dziesiątkach innych, których wymieniają podręczniki historii. Wymieniłem tu głównie polityków, ale nie można zapominać o filozofach, pisarzach, malarzach i muzykach. Ale lepiej skupię się na politykach, w końcu to oni dawali tworzyć filozofom, malarzom, pisarzom itd., zamawiając u nich dzieła. Tak było przez zdecydowaną część historii.
Myślę, że pierwszym składnikiem potrzebnym do stworzenia „wielkiego" człowieka potrzeby jest odpowiedni okres w dziejach, czas przełomowy. Ale nie zawsze, często zdarzało się tak, iż to właśnie nasi przyśli „wielcy" tworzyli taki czas, nie czekając na jego nastanie. Swoimi czynami sprawiali, że ich czasy stały się wyjątkowe, niezwykłe i przełomowe. Czy można dokonać, więc rozróżnienia na „wielkich" wykorzystujących czasy, w których przyszło im żyć, aby pokazać światu i historii swą wyjątkowość oraz na tych, którzy tworzyli swą wyjątkowość od podstaw, zmieniając bieg historii? Stawiają takie pytanie, dochodzimy do kolejnego, co znaczy „tworzyć" swoje czasy, a co znaczy „wykorzystywać"? Gdzie kończy się „wykorzystywanie", a zaczyna „tworzenie"? Czy Cezar „wykorzystywał" czy „tworzył"? A Napoleon, Stalin, Hitler, Wilson Fryderyk II, Katarzyna Wielka, Ludwik XVI, Karol Wielki, Jezus? Nie możliwością jest wyznaczyć granicę, gdyż mamy doczynienia z procesem, którego granice każdy może widzieć gdzie indziej i żaden z tych poglądów nie będzie błędny. Myślę jednak, że warto tu powrócić do wstępu, gdzie jednoznacznie napisałem o ludziach widzących więcej, idących dalej. Nie mógł tego czynić ktoś, kto tylko wykorzystywał nadarzającą się okazje. To musiał być ktoś, kto rzeczywiście miał wizję, ale aby dostąpić prawdziwej „wielkości" musiał ów kandydat działać z wyczuciem chwili. Chciałoby się powiedzieć z taktem. Komu go zabrakło zostawał stracony w przepaść nie pamięci bądź pogardy.
Jaki jest drugi składnik? Charyzma. Talent do uwodzenia tłumów. Coś co sprawiało, że każde słowo stawało się objawione. Świętością, którą należało pielęgnować i wykonywać. Nawet do złożenia ofiary ze swego życia na jej ołtarzu. Tam gdzie wódz kazał. To jest ta cecha, która niewątpliwie w znacznej mierze decydowała o sukcesie. Co począłby, bowiem Aleksander Wielki, Napoleon, Stalin, Hitler bez posłusznych tłumów? Ci dwaj ostatni pozostaliby tylko fanatycznymi ideologami. Ale i ten składnik ma swoje specyficzne cechy. Jak w przypadku odpowiedniego czasu był problem, czy jest on „tworzony" czy „wykorzystywany". Tak samo tutaj. Wiadomo, że łaska ludu na pstrym koniu jeździ. Gdy się wygrywa, jest świetnie, ale gdy przychodzi czas porażki, wszystko zaczyna się sypać. Tutaj najlepszym wyjściem jest umrzeć w porę, gdy sukcesy przychodzą łatwo. No, ale co z Napoleonem? Przegrał, wszyscy go opuścili, a mimo to „wielki"? Na to pytanie pozwolę sobie odpowiedzieć na końcu owego postu.
Trzeci składnik w przepisie na nad człowieka, to konsekwencja. Trudno stworzyć coś wielkiego, gdy wciąż zmienia się decyzje, dlatego tak bardzo potrzebna jest konsekwencja. Brniecie do wyznaczonego sobie celu pomimo wszystko i wbrew wszystkiemu. Nie zważając na otoczenie. Ale czy upór nie kłoci się z postępowaniem z taktem? Myślę, że sprzeczność usuwa w tym przypadku charyzma. To ona pozwala zahipnotyzować tłumy, dzięki którym osiane są cele. Ten dar w połączeniu z wytrwałością daje nieograniczone niemal możliwości realizacji wizji.
Nie należy zapominać o innych równie ważnych, albo i ważniejszych elementach. Przede wszystkim o samej wizji. Jaka ona powinna być? Tego nie wiem. Zazwyczaj to wizja podboju, opanowania, zdobycia lub poszerzenia władzy. Dla władzy człowiek skłonny jest do wszystkiego. Wszystkiego, co najlepsze, ale o wiele częściej do tego, co najgorsze. To ona rozpalała większość z tych „wielkich" do tego by widzieć więcej, iść dalej, robić więcej. A gdy już dochodzili, nie ustawali, tylko ruszali w dalszą drogę, pchając dzieje świata na przód i zapisując nowe karty historii. Karty, na których miało być miejsce tylko dla ich chwały, a nie było go dla ofiar, które opłaciły realizację wizji swoją krwią.
Podsumowując warto porównać „wielkość" dwóch osób, myślę tu o Napoleonie i Adolfie Hitlerze. Obaj przeszli bardzo podobną drogę od wielkości do upadku. Obaj zostali opuszczeni, obaj przysporzyli wiele bólu swoim narodom. Co sprawia jednak, że Napoleon do dziś jest bohaterem, a Hitler w 60 lat po swojej śmierci nadal uważany jest za wcielenie zła? Ja dopatruje się dwóch przyczyn. Pierwszą jest dziedzictwo. Napoleon pozostawił po sobie spełnienie marzeń wielu uciemiężonych do tej pory narodów. Częściowo zjednoczył Włochy i Niemcy, dał ograniczoną wolność Polakom. Zepchnął panujących szlachciców gdzieś na bok, choć nie zawsze i nie do końca. Pozostawił po sobie kodeks praw. Zmienił oblicze Europy, z pańszczyźnianej na burżuazyjna. Czego dokonał Hitler? Pokazał wielkość nienawiści, jej niszczycielską siłę. Pozostawił pamięć krwawej wojny, eksterminacji narodów, ich upodlenia. Czego zabrakło Hitlerowi? Miał wizję, charyzmę, stworzył bądź wykorzystał czas. Czego zabrakło? Taktu, wyczucia. Wizja i rządza władzy zaślepiła go, stworzyła z niego swoisty anty - typ „wielkiego" człowieka. Jak już wspomniałem, to wyczucie jest tym co decyduje, czy kandydat na nadczłowieka zda egzamin i stanie na cokole chwały, czy też zostanie potępiony. Hitler został potępiony i niech pozostanie.



Komentarze
Pokaż komentarze