Prawda to czy fałsz? Kiedy dziś słyszy się wypowiedzi polityków, szczególnie tych rządzących na temat polskiej polityki zagranicznej, często pada stwierdzenie, iż nie jest ona prowadzona na kolanach. Zapewniają oni o walce o polski interes narodowy. Taki kurs popierany jest przez całą rzeszę osób wypowiadających się, chociażby tu na Salonie. Gdy tylko pojawi się ktoś, kto uważa inaczej i krytycznie odnosi się do sposobu prowadzenia polityki zagranicznej, jej celów itd., z miejsca jest zakrzyczany, staję się agentem obcych wrogich mocarstw i jeden Bóg tylko raczy wiedzieć kim jeszcze.
Ale należy sobie zadać cztery podstawowe pytania, których do tej pory nie słyszałem. Pierwszym, co to znaczy prowadzić politykę zagraniczną „nie na kolanach”? Drugie pytanie, jakie cele chce Polska osiągnąć prowadząc taką polityką? Trzecie pytanie, jakie cele osiągnęła polska dyplomacja prowadząc przez ponad rok czasu takiego właśnie politykę? I ostatnie, które powinno być pierwszym, jakie państwo może pozwolić sobie na prowadzenie takiej polityki?
Pierwsze i ostatnie z tych pytań ściśle się ze sobą łączą. Co to znaczy prowadzić politykę zagraniczną „nie na kolanach” i kto, jakie państwo na taką politykę może sobie pozwolić. W twardej polityce zagranicznej, bo chyba taką miał na myśli twórca tego hasła, nie ma niczego złego. Ale jak zawsze z takimi hasłami diabeł tkwi w szczegółach, bo można prowadzić twardą politykę zagraniczną i „prowadzić twardą politykę zagraniczną”. Wszystko zależy od wykonania. Wiadomo nawet najpiękniejszą piosenkę może pogrzebać marne wykonanie. Na całkowicie nie zależną, twardą politykę zagraniczną mogą pozwolić sobie tylko najwięksi na scenie międzynarodowej. W końcu to małe państwa potrzebują dużych i silnych partnerów chociażby dla samego poczucia bezpieczeństwa. Ale i ta samowola państw dużych w dzisiejszych czasach podlega coraz większym ograniczeniom, których przyczyną jest między innymi uwikłanie się w system organizacji międzynarodowych, rosnąca liczba dużych i silnych państw, które coraz częściej kierują swoje zainteresowanie na zewnątrz. USA mogą dużo, ale nie mogą wszystkiego, tak samo Chiny czy Rosja.
Polska jest europejskim średniakiem, i nikt żadnymi słowami nie zaklnie rzeczywistości i fakt ten nie ulegnie nagłej zmianie. Przez najbliższych kilka dekad nie mamy nawet, co marzyc o silnej pozycji, o pozycji chociażby europejskiego mocarstwa. Co nie znaczy, że nie możemy dążyć do osiągnięcia choć trochę zbliżonej do „regionalnego mocarstwa”. Ale póki nim nie jesteśmy dobrze by było gdyby działania, które mają darzyć do osiągnięcia tego stanu dobrze byłoby prowadzić politykę zagraniczną skrojoną na nasza miarę.
W prowadzeniu takiej polityki potrzebujemy sojuszników. Potrzebujemy wsparcia silniejszego państwa, które trochę bardziej liczy się na scenie. Nie ma się co oszukiwać, inaczej do niczego nie dojdziemy. W obecnej konfiguracji geopolitycznej mamy trzy możliwe warianty do wyboru. Pierwszym, naturalnym zdawałoby się, realizowanym na początku istnienia III RP, sojusz z Niemcami. Drugim z UE jako całością z naciskiem na Wielką Brytanię. Trzecim zawiązaniem głębszej współpracy z krajami, które razem z nami weszły do UE, Litwą, Łotwą, Estonią, Czechami i Słowacją, by w takim bloku skuteczniej wpływać na działania Brukseli a przez to na politykę innych państw Unii.
Pierwszy wariant właśnie jest w najgłupszy z możliwych sposobów niszczony. Dają tu o sobie znać niechęć, nieufność i poczucie historycznej niesprawiedliwości. Drugi nigdy nie zostanie zrealizowany, bo Wielka Brytania za daleko a i nasi przywódcy mają inną wizję Unii. Trzecie z nich obecnie staje się chyba najbardziej realne, jeśli spojrzeć na poczynania prezydenta. I jest to zawsze jakieś wyjście. Ale i tu oznaki są raczej niepozorne, działań jest mało, nie są one zbyt znaczące, poza projektem elektrowni na Litwie, ale pozostaje jeszcze problem polskiej mniejszości na tym terenie. W układzie z Litwą i Czechami, Polska staje się takim mini mocarstwem regionalnym. Ale nie oszukujmy się. My potrzebujemy silniejszego partnera dla realizacji naszej twarde polityki.
Jakie cele chcą osiągnąć nasi rządzący prowadząc taką właśnie politykę? Póki, co nie widać jakiegoś określonego celu. Wzrost znaczenia Polski w Unii, poprawa, kontaktów handlowych? Odnoszę wrażenie, że zmierzamy do nikąd. Otwieramy wszystkie możliwe fronty. Walczymy wszędzie i o wszystko. Często o bzdety. Wyskakujemy z czymś i cisza. Naszą politykę prześladują dwie wielkie choroby. Pierwszą jest jej anty rosyjskie ostrze. Wszystkie nasze działania są skierowane przeciw Rosji. Z jednej strony nie ma się czemu dziwić. Trudno z nowym imperium rozmawiać jak z partnerem, skoro nawet Europa ma z tym coraz większe trudności. Drugą chorobą jest historyczne myślenie. Wypominamy wszystkim i wszystko. Mam tu na myśli obecny stosunek do Niemiec. A ziomkostwo i jego żądania? Ok., jest to zadra, ale nie traćmy proporcji, tam mamy jedną z wielu organizacji poza rządowych, mało znaczących. A po naszej strony wypowiedzi rządu, premiera, prezydenta. Jest ot jednak jakby nie patrzeć różnica. Nie da się takich podstawach niczego zbudować.
Jest jeszcze jedna choroba naszej polityki zagranicznej, która prześladuje nasz kraj od wieków. To całkowity brak pragmatyzmu. Czcimy romantycznych napaleńców ginących w kolejnych powstaniach, a nie umiemy docenić pozytywistów z trudem budujących podstawy. Budujemy Muzeum Powstania Warszawskiego, które przyniosło po tysiąc kroć więcej szkód, a nie nawiedzimy Okrągłego Stołu, na którym nikt nie miał okazji złożyć ofiary ze swego życia. Tak samo jest w polityce zagranicznej. Tak było zawsze. Zdradzili nas Francuzi i Brytyjczycy? To czemu nie poszliśmy na układ z Hitlerem? Ideały nam na to nie pozwalały. W ten sposób przegraliśmy wojnę po dwakroć, bądź jak wolą inni zostaliśmy zdradzeni po dwakroć.
Co osiągnęliśmy do tej pory? Tendencyjnie można powiedzieć, że nic. Veto? Powiedzieliśmy „veto” i pojechaliśmy do domu. Pani minister nie pofotygowała się do żadnego kraju Unijnego żeby wyjaśnić, o co nam chodzi, ani przed vetem, ani po nim. Każda możliwość rozwiązania jest zbywana milczeniem. Sami wygramy z Rosją? Sytuacja sama się rozwiąże? Ktoś zrobi to z nas? Wolne żarty. To ma być ta polityka, którą nasz rząd chce sobie wywojować lepszą pozycję? W którym miejscu to ją poprawi?
Żądanie zmiany traktatu z Niemcami? I to w czasie, kiedy to wsparcia Niemiec najbardziej potrzebujemy? To chyba jakaś kpina, a nie twarda polityka zagraniczna. To głupia polityka zagraniczna. I zaraz odezwie się chór, jak to chcesz oddać 1/3 terenu kraju Niemcom? Nasz rząd walczy o to, żeby tego uniknąć. Temu chórowi odpowiadam, nasz rząd prowadzi politykę, której celem jest marginalizacja naszego kraju. Bo jak długo ktoś może wysłuchiwać, że 60 lat temu wywołał wojnę? Przecież to by każdego szlag trafił, gdyby miał wysłuchiwać narzekań przez 60 lat. A co dopiero mówić o narodzie, który ma pewne ambicje, i ma podstawę do realizacji tych ambicji. My też mamy ambicje i nic poza tym. Tego nasi rządzący zdają się nie dostrzegać. Wciąż żyją w innym świecie, gdzie myśli się, że jak ktoś był naszym wrogiem kilkadziesiąt lat temu, to jest i będzie nim po wsze czasy. To jest chore myślenie, które daleko nas nie zaprowadzi.
Twarda polityka zagraniczna jest potrzebna każdemu krajowi, który chce pozostać krajem samodzielnym. Trzeba ją jednak prowadzić z rozwagą. Nadać odpowiednie priorytety odpowiednim celom. Nie można chcieć wszystkiego od razu. Należy godzić się następstwa, tam gdzie wygrać się nie da i walczyć tam gdzie można coś osiągnąć. Ale jak walczyć to też wykorzystując wszystkie nasze atuty, współpracując z innymi, szukać pomocy u silniejszych, a nie obrażać się na wszystkich. Nie zachowujmy się jak słoń w składzie porcelany, bo tak nigdy do niczego nie dojdziemy.



Komentarze
Pokaż komentarze